Biznes i gospodarka w regionie łódzkim
Radosław Lejsza, CEO GSD, omawia zmiany w branży IT na zdjęciu, podkreślając koniec ery tanich polskich programistów. W artykule omawiane są nowe trendy, w tym rosnąca rola partnerstwa i innowacji w polskich firmach technologicznych, które zmieniają sposób współpracy z klientami na rynku międzynarodowym.

Koniec ery tanich polskich programistów? Radosław Lejsza, CEO GSD: Dziś jesteśmy partnerami, a nie tylko wykonawcami

Polskie firmy technologiczne coraz częściej przestają konkurować z Zachodem wyłącznie ceną. Tymczasem sztuczna inteligencja zmienia zasady funkcjonowania branży IT, a przedsiębiorstwa zaczynają dostrzegać nie tylko jej możliwości, lecz także ograniczenia. Czy Polska może wykorzystać tę rewolucję do zbudowania silniejszej pozycji na międzynarodowym rynku?

Radosław Lejsza, prezes zarządu i CEO łódzkiej spółki Get Software Done (GSD), od blisko dwóch dekad działa w branży IT. Studiował na Politechnice Łódzkiej i Coventry University, a karierę zawodową rozpoczynał jako programista w Bawarii. W 2009 roku wrócił do Łodzi i wspólnie z niemieckim partnerem rozpoczął działalność informatyczną. Dziś kieruje zespołem liczącym 33 osoby, który pracuje dla klientów z Polski, Niemiec, krajów nordyckich i Stanów Zjednoczonych, realizując projekty z zakresu oprogramowania, automatyzacji i sztucznej inteligencji.

W rozmowie dla KNews.pl Radosław Lejsza opowiada o zmianach w niemieckiej gospodarce, rosnącej pozycji polskich specjalistów IT, przyszłości zatrudnienia i możliwościach biznesowych otwieranych przez AI. Wyjaśnia również, dlaczego sztuczna inteligencja nie zawsze okazuje się tańsza od człowieka, jak niewielkim kosztem można dziś sprawdzić pomysł na własny biznes i dlaczego stworzenie aplikacji nie oznacza jeszcze stworzenia gotowego produktu.

Błażej Kronic, KNews.pl: Radku, powiedz, czym się zajmujecie i od jak dawna działacie? Wspominałeś rok 2017.

Radosław Lejsza, CEO Get Software Done: Nie, od 2009 roku. Rok 2017 to moment, kiedy przenieśliśmy się do obecnego biura. Po ukończeniu studiów w Wielkiej Brytanii przeprowadziłem się do Niemiec. Mieszkałem dwa lata w Bawarii, a w 2009 roku, za namową mojej ówczesnej narzeczonej, która powiedziała, że albo wracam do Łodzi, albo mogę szukać nowej, wróciłem do Polski. Dzisiaj mamy dwójkę dzieci i dom w Łodzi. Po powrocie od razu otworzyłem spółkę ze wspólnikiem z Niemiec, u którego wcześniej pracowałem. Od 2009 roku jestem więc bezpośrednio związany z branżą IT w Łodzi. To nasze trzecie biuro. Najpierw mieliśmy dwa czy trzy małe pomieszczenia u moich rodziców przy ulicy Łagiewnickiej. Później przenieśliśmy się na Papierniczą 7, w całkiem dobre miejsce, tuż obok urzędu skarbowego, chociaż nigdy nie przyszli do nas na kontrolę. Od 2017 roku jesteśmy przy Wydawniczej.

BK: A co studiowałeś?

RL: Informatykę na Politechnice Łódzkiej. Dzięki współpracy międzynarodowej w 2006 roku przeniosłem się na Coventry University w Wielkiej Brytanii, gdzie ukończyłem Master of Computer Science i uzyskałem dyplom z wyróżnieniem. Po powrocie do Polski zdobyłem również tytuł magistra inżyniera na Politechnice Łódzkiej, kończąc rozpoczęte wcześniej studia.

BK: A Bawaria?

RL: Kiedy studiowałem w Wielkiej Brytanii, doszedłem do wniosku, że nie do końca odpowiada mi ona jako miejsce do życia. Rejon Birmingham i Coventry był już wówczas bardzo wielokulturowy, co nie do końca mi odpowiadało. Z drugiej strony odwiedziłem Bawarię, szczególnie Monachium, i spodobało mi się tam. Było bardzo czysto, że tak to określę, pod każdym względem. Zacząłem więc szukać pracy poza Wielką Brytanią. Znałem niemiecki, dlatego wybór padł właśnie na Niemcy. Dzięki pomocy biura karier Coventry University udało się nawiązać kontakt z firmą, która zatrudniła mnie na pierwszym stanowisku. Najwyraźniej wykazałem się odpowiednimi umiejętnościami, zaangażowaniem i przedsiębiorczością, ponieważ jej właściciel zaproponował później, żebyśmy wspólnie otworzyli spółkę w Polsce. Wszystko potoczyło się więc dosyć naturalnie.

BK: A czym zajmowałeś się w Niemczech? Od czego zacząłeś?

RL: Od najprostszego stanowiska programisty. Tworzyłem różnego rodzaju rozwiązania informatyczne. Później przenieśliśmy ten model działalności do firmy w Polsce. Zajmowaliśmy się systemami CRM, ERP i BI dla przedsiębiorstw produkcyjnych, handlowych i usługowych. Pracowaliśmy zarówno dla firm z Polski, jak i przede wszystkim z regionu DACH, czyli Niemiec, Austrii i Szwajcarii. Duża część klientów należała do segmentu określanego po niemiecku jako Mittelstand, czyli małych i średnich przedsiębiorstw. Początkowo tworzyliśmy funkcjonalności wewnątrz istniejących systemów. Z czasem zaczęły pojawiać się aplikacje webowe i mobilne, które obsługiwały konkretne procesy biznesowe. Na przykład przedstawiciel handlowy mógł wykonywać określone działania przez telefon. Serwisant wiedział, jakie części ma w samochodzie, do którego klienta musi pojechać i jakie zlecenia zrealizować. Tworzyliśmy mobilne systemy rozliczeń albo portale, dzięki którym klienci mogli sprawdzać swoje zgłoszenia serwisowe. Takich rozwiązań było naprawdę bardzo dużo.

BK: Ale nawet rok 2009 i 2026 to chyba dwa różne światy.

RL: To nawet nie jedna epoka. Myślę, że przeszliśmy w tym czasie przynajmniej trzy epoki technologiczne. Najpierw następowało przejście od aplikacji desktopowych do webowych. Później przyszła fala aplikacji mobilnych, które stały się ogromnym hitem. Teraz mamy wszystko, co związane ze sztuczną inteligencją. To kolejne fale, które przechodzą przez rynek i całkowicie zmieniają sposób jego funkcjonowania.

BK: Obserwowałeś więc ewolucję, właściwie rewolucję technologiczną. Zaczynałeś w Niemczech, a Bawaria to siedziba wielu najpotężniejszych koncernów, potężny land. Nadal masz z nimi kontakt. Mówi się dużo o niemieckim kryzysie, ale chyba Bawaria to też osobny świat?

RL: Bawaria jest jednym z najważniejszych niemieckich landów i przez wiele lat rzeczywiście wyróżniała się gospodarczo. Natomiast patrząc na to dzisiaj, muszę powiedzieć, że my jako Polacy pod bardzo wieloma względami wyprzedziliśmy już Niemców, jeśli chodzi o technologię i jej adaptację do codziennego życia, ale także do funkcjonowania przedsiębiorstw. Mogę podać prosty przykład. W Niemczech nadal w pełni akceptowaną, a w niektórych miejscach wymaganą formą komunikacji jest faks. Dotyczy to chociażby określonych procedur związanych ze zwolnieniami lekarskimi czy komunikacją między lekarzami a Krankenkasse, czyli kasami chorych. W Polsce takie rozwiązania wydają się już anachroniczne. Ja nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem działający faks albo numer faksu w danych kontaktowych firmy.

fot.: Archiwum prywatne

BK: Ale pewnie są też rzeczy, które wciąż są godne naśladowania?

RL: Oczywiście. Przede wszystkim wypracowali bardzo silną markę „Made in Germany”, która funkcjonuje do dzisiaj i pozwala im pozostawać w światowej czołówce. Ogromną rolę odgrywa też sam rozmiar rynku. Przez dziesięciolecia budowali jego siłę i głębokość. Przez wiele lat obserwowałem również różnicę w dostępie do kapitału. W Niemczech kapitał był dostępny, podczas gdy w Polsce trzeba było go zdobywać, budować, wyrywać, czasem kombinować, w jaki sposób go pozyskać. Dzisiaj ta różnica jest już mniejsza, ale przez długi czas była bardzo wyraźna. Niemcy mieli także ogromną przewagę technologiczną i procesową. Przez wiele lat tworzyli rozwiązania, doskonalili je i dążyli do perfekcji. Tyle że dzisiaj, kiedy świat zmienia się niezwykle dynamicznie, to zaczyna być czasami kamieniem u nogi. Oni przez lata doskonalili istniejące procesy, a teraz przychodzi sztuczna inteligencja, bierze ten stół za nogi i przewraca go na bok. Muszą więc w pewnych obszarach odnaleźć się na nowo.

BK: Powiedz mi teraz o Polsce. Rozumiem, że przez te lata zmieniał się też zakres waszej działalności. W jakim momencie jesteście teraz? Mówisz o sztucznej inteligencji. Przed wyjściem czytałem o tym, że w Poznaniu jedna z dużych firm, GSK, zwalnia 500 osób. Jak obserwujesz rynek? W którym kierunku według ciebie to wszystko pójdzie? Czy sztuczna inteligencja to wasz sprzymierzeniec, czy zagrożenie?

RL: To kolejna fala technologiczna. A na początku każdej takiej fali nie wiadomo dokładnie, dokąd ona doprowadzi. Zawsze pojawia się sto osób, które mówią: „ja wiem, ja wiem”. Po pewnym czasie okazuje się, że trzy z tych stu osób mniej więcej przewidziały właściwy kierunek. I później, przy kolejnej rewolucji, wszyscy pytają właśnie te trzy osoby, co wydarzy się dalej. Ze sztuczną inteligencją jest podobnie. Nie jesteśmy jednak już na samym początku tej fali. Zaczyna być widoczne, w jakich kierunkach rozwija się wykorzystanie AI. Widzimy również zagrożenia. Są chociażby przykłady amerykańskich firm, które bardzo mocno postawiły na sztuczną inteligencję i zaczynają dostrzegać, że koszty jej codziennego wykorzystania, a więc przede wszystkim koszty tokenów, mogą w niektórych zastosowaniach przewyższać koszt pracy ludzi. Moim zdaniem to jest przejście w kierunku przemysłu 5.0. Dużo mówiliśmy o przemyśle 4.0, natomiast teraz chodzi przede wszystkim o zwiększanie efektywności procesów, pracy ludzi i całych organizacji. Może się zdarzyć, że w pierwszym okresie przedsiębiorstwo nie będzie potrzebowało wszystkich pracowników, których zatrudnia obecnie. Ale za chwilę, dzięki wzrostowi efektywności i wydajności, otworzą się przed nim zupełnie nowe możliwości biznesowe. I wtedy może ponownie potrzebować tych ludzi. W Stanach Zjednoczonych już obserwujemy podobne zjawiska. Z jednej strony pojawia się problem kosztów, ale z drugiej strony rośnie efektywność organizacji. Dla nas oznacza to konieczność ciągłego uczenia się. Trzeba śledzić rynek, poznawać nowe rozwiązania i próbować wdrażać je we własnej organizacji. Nie zawsze jest to proste. Szczególnie kiedy idzie się na początku technologicznej fali, bardzo łatwo trafić w ślepą uliczkę. Ale istnieją różne sposoby zdobywania tej wiedzy.

BK: To może teraz powiedzmy trochę o tym, co robicie obecnie. Dla kogo pracujecie, jakie projekty rozwijacie?

RL: Krąg klientów pozostaje do pewnego stopnia podobny, chociaż mamy coraz ciekawsze polskie marki. Widać rosnące zrozumienie tego, w jaki sposób rzeczywiście można wykorzystywać sztuczną inteligencję. Mamy na przykład projekt dla jednej z większych firm w Warszawie, zajmujących się zarządzaniem influencerami. To bardzo ciekawy obszar, w którym AI można wykorzystywać praktycznie w każdej funkcjonalności. Pracujemy więc dla polskich przedsiębiorstw, ale mamy też wielu niemieckich klientów, co wynika z mojej historii zawodowej i obecności na rynku DACH. Mamy również klientów z krajów nordyckich, czyli Norwegii, Szwecji i Finlandii, a także ze Stanów Zjednoczonych, które pozostają kolebką innowacyjności i podejścia do nowych technologii.

BK: Ale wasze aplikacje do czego służą?

RL: Specjalizujemy się w tworzeniu rozwiązań dedykowanych konkretnym klientom i ich potrzebom. Mamy także własne produkty, między innymi dla branży GIS, czyli systemów informacji geograficznej. To rozwiązania dla firm, które można powiedzieć, mapują naszą rzeczywistość. Zebrane dane wykorzystywane są później przy projektach infrastrukturalnych, budowie nowych obiektów czy inwentaryzacji dużych zakładów przemysłowych i rafinerii. Można na przykład stworzyć digital twin, czyli cyfrowego bliźniaka zakładu. Dzięki temu można w komputerze sprawdzić, czy da się przesunąć linię produkcyjną, czy określona maszyna zmieści się w hali, czy budynek trzeba zaprojektować inaczej. Takie operacje dużo łatwiej przeprowadzić w cyfrowym modelu niż w rzeczywistości. Przez blisko 20 lat w branży realizowaliśmy jednak projekty z naprawdę bardzo wielu dziedzin. Od produkcji, przez fintechy, edukację, aż po logistykę.

Jest jeden projekt fintechowy, z którego jestem szczególnie dumny, ponieważ stworzyliśmy go praktycznie od samego początku. Co ciekawe, pomysł na niego powstał przy ognisku w Borach Tucholskich, w miejscu, gdzie nie było nawet zasięgu telefonii komórkowej. I dlatego mówię, że AI nigdy nie usiądzie przy ognisku i nie wymyśli wszystkiego za nas. Od pierwszej idei przeszliśmy przez weryfikację pomysłu z potencjalnymi użytkownikami, projekt graficzny, stworzenie systemu, a następnie jego utrzymywanie przez pięć lat. To rozwiązanie nazywa się TipKip i służy do wręczania bezgotówkowych napiwków kelnerom w restauracjach. Było dostępne w całej Polsce i zakończyło się sukcesem również biznesowym, ponieważ po pięciu latach jego właściciele sprzedali biznes kolejnemu inwestorowi. W tym czasie obsłużyliśmy ponad 250 tysięcy transakcji. Przeszliśmy odpowiednie procedury związane z Komisją Nadzoru Finansowego i funkcjonowaniem małej instytucji płatniczej. Przez nasz portal przepłynęły znaczące środki i wszystko odbywało się bez problemów. To jeden z projektów, z których rzeczywiście jestem szczególnie dumny.

Naszą siłą jest doświadczenie związane z wdrażaniem systemów ERP i rozumienie tego, w jaki sposób działa biznes. Wiemy, jak wyglądają procesy w przedsiębiorstwach, gdzie musi zgadzać się pieniądz i jak te procesy przekładać na rozwiązania technologiczne. Ja sam bardzo często uczestniczę już w fazie sprzedażowej i doradczej. Czasami trzeba klientowi powiedzieć: ten pomysł ma szansę się udać, a ten nie. Zróbmy to inaczej. Jesteśmy agnostyczni branżowo. Nie chodzi więc tylko o napisanie programu. Potrafimy doradzić, jak stworzyć system albo usprawnić proces wewnątrz przedsiębiorstwa.

BK: Logistyka, produkcja — to naturalne miejsca, gdzie technologia jest niezbędna. A czy pojawiają się branże, które wcześniej z niej nie korzystały? Wspomniałeś o influencerach.

RL: Sam nie zdawałem sobie sprawy ze skali tego rynku i liczby influencerów, których trzeba obsługiwać. Oczywiście moje dzieci korzystają z YouTube'a, widzimy reklamy i media społecznościowe, ale dopiero kiedy poznaje się ten rynek od strony technologicznej, zaczyna się rozumieć, jak ogromne zaplecze jest potrzebne. Chodzi między innymi o dostarczanie odpowiednich informacji i produktów potrzebnych do realizacji konkretnych kampanii.

BK: Czyli zbieranie informacji dla nich, tak?

RL: Nie, nie informacji. Chodzi o dostarczanie odpowiednich produktów i materiałów. Wyobraź sobie, że firma wprowadza nowy produkt. Trzeba go dostarczyć odpowiednim osobom, w odpowiednim czasie, razem z informacjami. W internecie czas odgrywa ogromną rolę. Wiele osób musi otrzymać te same materiały w tym samym momencie. Jeżeli trzeba obsłużyć w taki sposób dziesięć tysięcy osób jednocześnie, skala operacji jest naprawdę olbrzymia.

fot.: Archiwum prywatne

BK: A coś jeszcze innego? Mówiłeś o edukacji. Ona też przecież zmienia się w ostatnich latach.

RL: Edukacja staje się zdecydowanie bardziej interaktywna. Mamy bardzo ciekawego klienta z Warszawy, firmę ATAS, która organizuje zagraniczne wyjazdy językowe dla dzieci. Stworzyliśmy dla nich rozwiązanie, którego sercem jest aplikacja mobilna. Wspomaga ona realizację programu nauki podczas wyjazdu. Skoro dzieci i tak praktycznie cały czas korzystają z telefonów, można ten telefon odpowiednio wykorzystać. Jeśli dziecko jedzie na przykład do Londynu, dostaje słownictwo związane z miejscami, które odwiedza, podstawowe zwroty, określone zadania, a później możliwość sprawdzenia nabytych umiejętności. Rodzic może dzięki temu zobaczyć mierzalny efekt wyjazdu, na który przecież przeznaczył określone pieniądze. W tego rodzaju aplikacjach ważne są również elementy motywacyjne, czyli nagrody, konkursy, rankingi czy leaderboardy. Chodzi o to, żeby użytkownik odczuwał satysfakcję i chciał dalej korzystać z rozwiązania.

BK: Myślę, że jest też duża grupa klientów, którzy jeszcze nie wiedzą, że mogą do was trafić. Czasami ktoś nawet nie pomyśli o takim rozwiązaniu, bo wydaje mu się, że go na to nie stać. Szkoła czy instytucja ma przecież określony budżet. Czy dla takich instytucji również pracujecie?

RL: Masz na myśli instytucje publiczne?

BK: Publiczne, na przykład.

RL: To bardzo trudny obszar współpracy. Podejmowaliśmy wiele prób, natomiast problemem jest sposób planowania budżetów i wydawania pieniędzy przez instytucje publiczne. Zdarzało się, że wykonywaliśmy bardzo dużo pracy związanej z przygotowaniem projektu czy analizami, a później ostatecznie zarabiał na tym ktoś inny.

BK: Przetargi?

RL: Tak. Przetargi publiczne bywają takim punktem KO. Pomagaliśmy przy analizach i przygotowaniu określonych rozwiązań, a ostatecznie postępowanie wygrywała inna firma. Ale tutaj chciałbym dodać jeszcze jedną rzecz. Sztuczna inteligencja wchodzi dziś w najróżniejsze obszary działalności przedsiębiorstw i bardzo ułatwia codzienną pracę. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z zagrożeń. Mogę podać przykład bardzo dużej firmy farmaceutycznej, choć nie mogę ujawnić jej nazwy. Spotkania zarządu takiego przedsiębiorstwa dotyczą informacji strategicznych, które absolutnie nie mogą wydostawać się poza organizację. Z drugiej strony członkowie zarządu nie chcą już ręcznie robić notatek. Chcieliby, żeby spotkania były nagrywane, transkrybowane, a później automatycznie zamieniane na konkretne zadania. Żeby system rozpoznawał, kto za co odpowiada, komu należy przydzielić zadanie i jakie działania trzeba wykonać. Na rynku jest wiele aplikacji oferujących podobne możliwości. Problem polega na tym, że bardzo często korzystają one z modeli językowych uruchamianych na serwerach znajdujących się gdzieś poza przedsiębiorstwem, na przykład w Stanach Zjednoczonych. Oznacza to, że dane z takiego spotkania mogłyby być przesyłane poza firmę. W dużej organizacji, w której informacje mają charakter strategiczny, jest to nie do zaakceptowania. Dlatego pomagamy również we wdrażaniu modeli językowych działających lokalnie, bezpośrednio w infrastrukturze informatycznej przedsiębiorstwa. Takie modele mogą realizować podobne zadania, ale dane pozostają wewnątrz organizacji. Transkrypcja spotkań jest tylko jednym z przykładów. Inne zastosowania dotyczą danych finansowych, analitycznych czy poszukiwania trendów. W dużych przedsiębiorstwach przekazywanie takich informacji do zewnętrznych systemów może oznaczać niedopuszczalne ryzyko. Dlatego potrzebne są rozwiązania, które pozwalają korzystać z AI bez utraty kontroli nad danymi.

AI niesie jeszcze jedną bardzo ważną zmianę. Znacznie obniża próg wejścia dla ludzi ambitnych, wizjonerów, osób, które mają pomysł i chciałyby spróbować go zrealizować. Jeżeli mam określoną wizję produktu cyfrowego, dzięki obecnym narzędziom mogę stworzyć coś, co nazywamy proof of concept, czyli POC. To wstępna wersja rozwiązania, która pozwala sprawdzić, czy pomysł ma sens biznesowy i czy rynek jest nim zainteresowany. I to już się dzieje. Mamy takich klientów w Norwegii. To osoby, które wcześniej pracowały w sprzedaży, często osiągały bardzo dobre wyniki, a później odchodziły z korporacji, ponieważ dostrzegały określoną potrzebę biznesową. Dzięki nowym narzędziom mogły samodzielnie stworzyć pierwszą wersję produktu i sprawdzić, czy ktoś będzie chciał go kupić. Do tego etapu AI nadaje się znakomicie.

Co my robimy i w którym momencie wchodzimy? Wtedy, kiedy okazuje się, że pomysł zadziałał biznesowo. Ktoś był bardzo dobrym sprzedawcą, stworzył wstępne rozwiązanie, pokazał je potencjalnemu klientowi i sprzedał. I nagle pojawia się problem, bo trzeba ten produkt wdrożyć w prawdziwym przedsiębiorstwie. Bardzo często rozwiązania stworzone w ten sposób, określane dziś jako vibe coding, nie są gotowe do profesjonalnego wykorzystania. I właśnie wtedy wchodzimy my. Przeprowadzamy audyt istniejącego rozwiązania, które zwykle jest jeszcze na etapie POC, i pomagamy przekształcić je w prawdziwy produkt. Musi on być bezpieczny, skalowalny, zgodny z zasadami prawidłowego tworzenia oprogramowania. Trzeba zapewnić jego rozwój, utrzymanie, odpowiednie zarządzanie oraz możliwość wykorzystania w większej organizacji. Właśnie nad takimi projektami pracujemy obecnie z klientami z Norwegii. To bardzo ciekawy kierunek. AI pozwala ludziom próbować realizować własne pomysły znacznie niższym kosztem niż wcześniej.

BK: Ja też o tym myślałem w kontekście branży, która jest mi bliska. Ktoś ma pomysł na projekt, potrzebuje na przykład grafiki i może ją sam stworzyć. Z jednej strony grafik traci zlecenie, ale z drugiej ten człowiek być może nigdy nie trafiłby do grafika. Dzięki nowej technologii zaczyna realizować rzeczy, na które wcześniej nie mógłby sobie pozwolić.

RL: Dokładnie. Dzięki nowym narzędziom ma szansę stworzyć coś, czego wcześniej w ogóle by nie zrobił. To pozwala realizować pomysły, które przez lata leżały w szufladzie. Oczywiście nie daje gwarancji sukcesu, ale znacznie zmniejsza ryzyko finansowe związane ze sprawdzeniem własnej idei.

BK: Ale z drugiej strony buduje olbrzymią konkurencję, prawda?

RL: Też, ale dzięki temu wybiją się tylko najlepsi.

BK: Tak jak zawsze właściwie. Przecież tylu ludzi pisze książki, tworzy różne rzeczy, ale zawsze tak było. Powiedz mi teraz, jeżeli chodzi o sztuczną inteligencję, z twojej perspektywy — wiem, że to delikatny temat — ale pewnie tobie też ułatwia pracę?

RL: Oczywiście. Mamy zbudowanych własnych agentów AI, między innymi do działań marketingowych, tak zwanego outreachu, czyli docierania do kolejnych potencjalnych klientów. Wspomagają nas również przy pracach organizacyjnych i wielu procesach wewnętrznych. Wcześniej pewne czynności musiał wykonywać człowiek. Żartobliwie nazywam to „interfejsem białkowym”. Dzisiaj część takich procesów realizuje dedykowany agent działający lokalnie w naszej firmie. Nasi programiści również korzystają ze wsparcia sztucznej inteligencji podczas tworzenia kodu. Co więcej, klienci coraz częściej zakładają, że programiści będą używali takich narzędzi. Pojawił się nawet nowy element negocjacji i ustalania cen: kto właściwie płaci za tokeny wykorzystywane przez programistów? To pokazuje, jak głęboko AI wchodzi w codzienne funkcjonowanie firm technologicznych.

BK: My, dziennikarze, również korzystamy z AI. Jedni się do tego przyznają, inni nie. Ja mam pewne wątpliwości co do jakości tworzonych tekstów. A jak to wygląda u programistów? AI tworzy kod, programy, ale nad tym musi być człowiek?

RL: Musi. I to jest bardzo ważne. W pewnym momencie może się bowiem okazać, że jeden człowiek nie jest już w stanie zapanować nad tym, co zostało wygenerowane. Powstaje coś, co określa się mianem AI slop, czyli ogromnej ilości treści lub kodu wytworzonego przez sztuczną inteligencję, niekoniecznie odpowiedniej jakości. Są firmy, które przyjmują takie rozwiązanie bez większej refleksji. Najważniejsze, że działa. Tylko że ono działa do pierwszego poważnego problemu. Kiedy coś się zepsuje, ktoś musi zrozumieć, jak ten system został zbudowany, jakie zależności występują między poszczególnymi elementami i dlaczego określone rozwiązania zostały zastosowane. I może się okazać, że nawet cały zespół programistów ma problem ze zrozumieniem tego, co zostało wcześniej wygenerowane. To trochę tak, jakby ktoś zbudował wielki dom stojący na jednej albo dwóch bardzo cienkich nóżkach. Dom stoi, wszystko wygląda dobrze, dopóki jedna z tych nóżek się nie złamie. To ogromne wyzwanie. Dlatego ze sztucznej inteligencji trzeba korzystać bardzo świadomie. Myślę, że etap takiego bezrefleksyjnego hurraoptymizmu mamy już częściowo za sobą. Pojawiały się zapowiedzi masowych redukcji zatrudnienia, bo AI miała zastąpić ludzi. Teraz okazuje się, że jednak człowiek nadal jest potrzebny. Mówimy o podejściu human in the loop, czyli obecności człowieka w procesie. To niezwykle ważne również przy tworzeniu treści. Najważniejsze jest nadanie odpowiedniego kontekstu. A kontekst, którym dysponuje model językowy, ma swoje ograniczenia. Nie możemy po prostu włożyć całej naszej wiedzy, doświadczenia czy wiedzy całego przedsiębiorstwa do jednego modelu i oczekiwać, że wszystko będzie wykonywał idealnie. Człowiek musi pozostać w tym procesie. Umiejętność właściwego korzystania ze sztucznej inteligencji jest dzisiaj jedną z najbardziej poszukiwanych kompetencji na rynku.

BK: I właśnie jesteście po to, żeby koordynować to i pomagać klientom zrozumieć, w jaki sposób prawidłowo z tego korzystać?

RL: Dokładnie. Wracając do klientów z Norwegii: ktoś stworzył samodzielnie produkt i odniósł sukces sprzedażowy. To świetnie. Ale później przychodzi moment, kiedy trzeba mu pokazać, jak takie rozwiązanie powinno wyglądać od strony technicznej. I wtedy wspólnie tworzymy produkt, który rzeczywiście może być wykorzystywany przez końcowego klienta.

fot.: Archiwum prywatne

BK: Powiedziałeś wcześniej, że wiadomo już, w jakim kierunku pójdzie AI. To jaki jest ten kierunek? Bo rozumiem, że był moment takiego hurraoptymizmu, a później wszyscy zaczęli się zastanawiać, co dalej.

RL: Widzę dwa podstawowe obszary. Pierwszy to wzrost efektywności i coraz większa umiejętność wykorzystania sztucznej inteligencji w codziennej pracy. Drugi to rosnąca świadomość tego, jak AI działa pod spodem, jakie niesie ryzyka i jak korzystać z niej w sposób świadomy. Coraz ważniejsza będzie również niezależność technologiczna. Nie chodzi wyłącznie o Stany Zjednoczone. Równie dobrze moglibyśmy mówić o Chinach. W Europie będzie rosło znaczenie rozwiązań, które pozwolą zachować kontrolę nad własnymi danymi i własną infrastrukturą.

Wracając natomiast do przykładu redukcji zatrudnienia w GSK, który podałeś wcześniej, moim zdaniem tam istotną rolę odgrywały przede wszystkim rosnące koszty pracy w Polsce. Doskonale wiemy, jak w ostatnich latach zmieniały się wynagrodzenia i koszty zatrudnienia. Podobne zjawiska obserwujemy w innych przedsiębiorstwach, również w Łodzi, chociażby w sektorze finansowym. To często po prostu rachunek ekonomiczny, Excel. Miałem jednak okazję pracować z zespołami indyjskimi i lankijskimi. Myślę, że takie procesy mogą mieć charakter cykliczny i za kilka lat część decyzji może zostać odwrócona. Oczywiście w kraju liczącym półtora miliarda mieszkańców można znaleźć bardzo dużą grupę świetnych specjalistów, którzy będą dobrze współpracować z przedsiębiorstwami europejskimi czy amerykańskimi. Natomiast Polska wypracowała naprawdę bardzo dobrą markę, jeśli chodzi o kompetencje technologiczne. Mamy wielu znakomitych inżynierów i jesteśmy coraz lepiej postrzegani na świecie.

W ubiegłym tygodniu prowadziłem panel dyskusyjny dotyczący współpracy polsko-norweskiej podczas Oslo Business Forum, jednego z największych wydarzeń biznesowych w Norwegii. To wydarzenie gromadzące około pięciu tysięcy uczestników. Nasz panel odbywał się pod patronatem ambasady Polski i dotyczył współpracy technologicznej między naszymi krajami. Pokazywaliśmy przykłady klientów, z którymi współpracujemy w Norwegii, i opowiadaliśmy, w jaki sposób zmienia się rola polskich przedsiębiorstw. Odchodzimy od bycia po prostu tańszą siłą roboczą. Coraz częściej jesteśmy partnerami biznesowymi, którzy przejmują kluczowe zadania i odpowiedzialność za ważne części projektów. To wynika z naszych kompetencji, szerokości rynku specjalistów i różnorodności doświadczeń. Polscy inżynierowie są naprawdę dobrze sprawdzeni w boju. Kiedy pokazuje się przykłady polskich talentów technologicznych, chociażby związanych z ElevenLabs czy rozwojem największych firm AI, część zagranicznych uczestników jest bardzo zaskoczona. Inni przytakują, bo doskonale wiedzą, jak silny jest już polski sektor technologiczny. To jest nasza realna przewaga.

BK: Trochę odejdę od samej branży. Ty wróciłeś do kraju z powodów osobistych, ale czy myślisz, że Polska może zatrzymywać ludzi, którzy chcieliby wyjechać, albo przyciągać tych, którzy zastanawiają się nad przyjazdem? Że po prostu dobrze się tutaj żyje?

RL: Moim zdaniem zdecydowanie tak. Ostatnie kilkanaście lat to był bardzo dobry okres dla Polski. Również Łódź ogromnie się zmieniła. Powiem szczerze, że w 2009 roku bardzo nie chciałem tutaj wracać. Naprawdę nie lubiłem wtedy tego miasta. Od tamtej pory bardzo wiele zmieniło się na lepsze. Oczywiście nie wszystko, ale większość zmian oceniam pozytywnie. I dotyczy to całej Polski, całego otoczenia, w którym żyjemy. Często jeździmy ze znajomymi na wspólne wycieczki do różnych krajów. I kiedy ostatniego dnia siedzimy na lotnisku przed powrotem, jedna z naszych koleżanek, Justyna, często mówi: „Kurczę, my to w Polsce jednak mamy dobrze”. I myślę, że to bardzo dobrze oddaje sytuację. Rozmawiam również ze znajomymi z Niemiec, Niemcami z dziada pradziada, którzy coraz częściej mówią, że ich kraj idzie w złym kierunku. Niektórzy zaczynają nawet zastanawiać się nad emigracją. To pokazuje, jak bardzo zmieniło się postrzeganie Polski.

BK: To jeszcze ostatnie pytanie. Kto do was może się zgłosić? Myślę, że są ludzie, którzy nawet nie mają świadomości, że jesteście firmą również dla nich.

RL: Właściwie prawie każdy. Najważniejsze jest sprecyzowanie potrzeby. Trzeba wiedzieć, co chcemy osiągnąć, jaki problem rozwiązać albo jaki pomysł sprawdzić. Może to być małe przedsiębiorstwo, większa firma albo ogromna organizacja. Może chodzić o automatyzację procesów, stworzenie dedykowanego systemu, usprawnienie istniejących działań czy zupełnie nowy produkt. Pomagamy również pojedynczym osobom, które przychodzą do nas z własnymi pomysłami biznesowymi. Mamy takiego klienta, Sławka, którego przy okazji pozdrawiam. Przyszedł do nas już z kilkoma pomysłami. Dwa wcześniejsze odradziłem mu, ponieważ uznałem, że nie mają odpowiedniego potencjału biznesowego. Powiedziałem mu po prostu: Sławku, na tym nie zarobisz. Teraz pracujemy nad trzecim pomysłem. Jesteśmy już bardzo głęboko w analizach rynkowych i przygotowywaniu koncepcji. Prawdopodobnie wystartujemy z tym produktem. Dla mnie bardzo ważne jest partnerskie podejście do klienta. Nie chodzi o to, żeby przyjąć kolejne zlecenie, napisać program i wystawić fakturę. Staramy się być rzeczywistym partnerem osób i przedsiębiorstw, które do nas przychodzą.

BK: Czy możemy jeszcze powiedzieć coś o skali firmy? Ilu zatrudniacie pracowników, jakie macie obroty?

RL: Działamy od 2009 roku. Obecnie zatrudniamy 33 osoby, a nasze roczne obroty wynoszą około pięciu milionów złotych.

BK: A z jakimi firmami do tej pory współpracowaliście?

RL: Mamy bardzo różne doświadczenia. Od dużych przedsiębiorstw i banków, na przykład Deutsche Banku, po naprawdę małe lokalne firmy. Pracujemy też z indywidualnymi pomysłodawcami, wizjonerami, którzy mają określoną ideę i chcieliby sprawdzić, czy można zbudować na niej biznes. To właśnie szerokość tych doświadczeń jest jedną z naszych największych wartości.

B.K: Dziękuję za rozmowę.

Miejsce reklamoweTwoja reklama tutajSprawdź ofertę
Społeczność Knews

Weź udział w dyskusji!

Masz opinię, dodatkowy kontekst albo chcesz podzielić się własnym doświadczeniem? Zostaw komentarz pod artykułem.

Podoba Ci się ten artykuł?
0 osób polubiło