Biznes i gospodarka w regionie łódzkim
Nowe Centrum Łodzi: Piotr Biliński omawia transformację urbanistyczną, gdzie zamiast tradycyjnego centrum miasta powstaje nowoczesne osiedle, które integruje nowe inwestycje i przestrzenie publiczne, kładąc nacisk na zrównoważony rozwój i dostępność.

„Zamiast centrum powstaje osiedle”. Piotr Biliński o Nowym Centrum Łodzi — część II

W pierwszej części rozmowy Piotr Biliński, były architekt miasta, mówił o tym, jak pierwotna wizja Nowego Centrum Łodzi — oparta na połączeniu kolei pod ziemią i stworzeniu nowej, żywej dzielnicy — została jego zdaniem zredukowana do rozbudowanej infrastruktury i intensywnej zabudowy mieszkaniowej. W drugiej części wskazuje, czego w NCŁ najbardziej brakuje: usług publicznych, zieleni, miejskich wnętrz i konsekwencji w realizacji wspólnej wizji.

Piotr Biliński

B.K.: Czyli nie chodzi tylko o architekturę, ale o model życia, który tam powstaje?

P.B.: Dokładnie. Miasto to nie jest suma mieszkań sprzedanych przez dewelopera.

Jeżeli zakładamy, że na tym obszarze będzie mieszkało około dziesięciu–piętnastu tysięcy ludzi, to trzeba myśleć o szkole, przedszkolu, żłobku, ośrodku zdrowia, podstawowych usługach, zieleni, przestrzeni wspólnej. Tego plan nie przewiduje. Czy zatem jest to zachęcające dla tych, którzy mają tu mieszkać na stałe?

Deweloper to nie organizacja charytatywna — to struktura biznesowa i efekt ekonomiczny jest dla niego najważniejszy. Buduje tak i tyle, na ile pozwala mu „rynek”, w tym zapotrzebowanie i zdolność kredytowa potencjalnych nabywców, plan miejscowy i… ile musi. Jeśli urząd zażąda, by zbudował kawałek ulicy, zbuduje kawałek ulicy. Jeśli przepisy każą urządzić plac zabaw, to zrobi plac zabaw. Ale nie weźmie na siebie ciężaru tworzenia usług czy ponadlokalnych obiektów kultury. Jedyny w Łodzi taki przypadek miał miejsce w Manufakturze, która odstąpiła jeden z budynków pofabrycznych na oddział Muzeum Sztuki ms2.

B.K.: W Warszawie zdarzają się sytuacje, w których deweloper partycypuje w budowie szkoły czy infrastruktury społecznej. W Łodzi tego nie ma?

P.B.: Ja o takich przykładach w Łodzi nie słyszałem. Być może skala inwestycji jest inna, być może pieniądze są inne. Ale użyte przeze mnie słowo „szkoła” jest tylko symbolem oczekiwań, bo to jest właśnie rolą władz miasta: określenie wymagań wobec inwestorów przy współtworzeniu rozwoju danego obszaru — dla korzyści inwestora i dobra publicznego.

Tymczasem mam wrażenie, że miasto woli szybko sprzedać działkę, mieć zabudowaną nieruchomość i wpływy z podatku, niż zastanowić się, co ta przestrzeń ma znaczyć dla Łodzi za dwadzieścia czy trzydzieści lat.

fot.: Piotr Biliński — komentarz P.Biliński„Partery budynków sobie, przestrzenie publiczne sobie…”

Partery sobie, przestrzenie publiczne sobie

B.K.: Mocno Pan krytykuje plan miejscowy dla Nowego Centrum Łodzi.

P.B.: Bo był zły. Zrobiony od linijki, abstrakcyjnie, bez miejskiej wyobraźni, bez uwzględnienia różnic wysokościowych, co spowodowało patologicznie nieprzyjazne styki nowej zabudowy z otaczającymi ją przestrzeniami publicznymi.

fot.: Piotr Biliński — komentarz P.Biliński:„Partery budynków sobie, przestrzenie publiczne sobie…”

„Jak wyżej, tylko w innych lokalizacjach — tu zachęcające do spacerów «atrakcyjne» sąsiedztwo przeszklonej ściany dworca”
fot.: Piotr Biliński — „Typowa dla Łodzi” miejska śródmiejska zabudowa przyuliczna.

W planowaniu miasta nie chodzi o przesuwanie przykładnicy i ustawianie klocków. Jeżeli chcemy stworzyć centrum, musimy korzystać z klasycznych narzędzi urbanistyki. Potrzebujemy wnętrz urbanistycznych, placów, przejść, zieleni, kameralnych miejsc spotkań, zacisznych zaułków, ciekawych osi widokowych i tak dalej.

fot.: Piotr Biliński — komentarz p.Biliński: „Zielone kameralne miejsca spotkań”

Potrzebujemy przestrzeni, w której człowiek intuicyjnie chce być. Trudno takie znaleźć w dzisiejszej zabudowie. Czy takimi miejscami mogą być betonowe place pomiędzy wysokimi, przytłaczającymi budynkami, po których hula wiatr? No nie mogą. Bo to jest sprzeczne z naturą człowieka.

Tak to dziś wygląda. Spijamy konsekwencje planu, który nie zbudował takiej logiki. Powstają budynki, ale nie powstaje miasto.

fot.: Piotr Biliński — "Przyjazne przestrzenie rekreacyjne”

Test? Czy Łodzianie będą chcieli tam przyjeżdżać

B.K.: Czyli Pana zdaniem Nowe Centrum Łodzi może stać się dużym osiedlem, ale nie centrum miasta?

P.B.: Tak już się stało. Najatrakcyjniejsze działki zostały nadzwyczaj intensywnie zabudowane. Zatem powstanie osiedle, może nawet duże, ale niewygodne i niekoniecznie atrakcyjne dla stałych mieszkańców. Złośliwi mówią, że to, co powstaje, służy do „chowu klatkowego”.

Weryfikacją atrakcyjności będzie odpowiedź na proste pytania: czy inni łodzianie, na przykład z Teofilowa, będą tam przyjeżdżać? Czy będą mieli powód, żeby spacerować między tymi budynkami? Czy pojawi się klimat, który sprawi, że miejsce wypełni się ludźmi z całego miasta i zacznie żyć?

Moim zdaniem odpowiedź brzmi: nie. Zatem nie mówimy o zbudowanym „centrum”. Mówimy o kolejnym obszarze skrajnie komercyjnej zabudowy. Czy nowoczesnej, dobrej i „ludzkiej”? Tu byłbym ostrożny w pochwałach.

Miałem ostatnio okazję wjechać w głąb osiedla na Retkini. Powiem tak: mimo bezdyskusyjnych technicznych mankamentów zbudowanych tam bloków, wolałbym z swoją rodziną osiąść na Retkini.

fot.: Piotr Biliński — komentarz P.Biliński:„Zielone” place EC1 — aż chce się tu być, szczególnie tego lata

EC1 zasłaniane blokami

B.K.: Co z EC1? Miało być jednym z symboli tej zmiany i mnie się ta bryła podoba.

P.B.: EC1 jest bardzo ważnym obiektem. Można dyskutować o jego programie, kosztach, sposobie działania, ale ono ma potencjał kulturotwórczy. To, że nie jest wykorzystywane, to efekt kiepskiego, mało aktywnego zarządzania… Ale rozmawiajmy o urbanistyce.

Pojawia się pytanie: z całego „kulturalnego” programu NCŁ pozostało EC1, zatem dlaczego od strony dworca najcenniejszy, pomnikowy obiekt zaczynamy zasłaniać blokami? To kolejny przykład pokazujący brak konsekwentnej wizji tego obszaru i stymulowania synergicznego oddziaływania jego najważniejszych elementów.

Jeżeli budujemy obiekt publiczny o takiej skali i takim znaczeniu, to powinniśmy — zgodnie z odwiecznymi regułami kształtowania — wytworzyć wokół niego przestrzeń, która go wyeksponuje i wzmocni. Tymczasem zabudowujemy kolejne sąsiadujące działki w sposób, który wynika wyłącznie z logiki deweloperskiej komercjalizacji.

B.K.: Czy da się jeszcze coś naprawić - to co według pana zepsuto?

P.B.: Część błędów jest już niemożliwa do odwrócenia. Dworzec jest zbudowany, układ drogowy jest zbudowany, część najatrakcyjniejszych działek została sprzedana albo zabudowana intensywną zabudową mieszkaniową. Miasto ma coraz mniej miejsc, które mogłoby swobodnie kształtować.

Można jeszcze walczyć o funkcje publiczne, o zieleń — choćby przyuliczną; przykłady ekstremalnej „betonozy” są na każdym kroku, o kameralne przestrzenie wspólne, o usługi ponadlokalne, o lepsze powiązania piesze, przejście suchą stopą na przystanki komunikacji miejskiej, o to, żeby kolejne inwestycje nie były tylko maksymalizacją powierzchni do sprzedaży.

Trzeba jednak na początek mieć odwagę przyznać się do błędu, zdiagnozować pola możliwych zmian i błyskawicznie podjąć działania. Ale po pierwsze, jak powiedziałem, trzeba się przyznać do błędów… Czy ktoś się odważy? Bo na razie mam wrażenie, że jesteśmy w pierwszej części bajki „Nowe szaty króla”.

fot.: Piotr Biliński — "Przyjazne przestrzenie rekreacyjne”

„Brakło autora, który pilnowałby wizji”

B.K.: Najkrócej: gdzie według pana popełniono największy błąd?

P.B.: Myślę, że po prostu brakło serca do tej inwestycji, a za dużo było polityki. W konsekwencji brakło autora, który wziąłby na swoje barki chronienie podstawowych założeń wynikających z uzgodnionego tak zwanego masterplanu i koordynację tego wielkiego, trudnego projektu.

Jedną z moich wielkich zawodowych przygód w życiu było uczestniczenie w projekcie Manufaktury. To oczywiście nieco inny, mniejszy projekt, no i jeden właściciel, ale pierwotna opracowywana koncepcja, skoordynowana z różnymi interesariuszami, po zatwierdzeniu została powieszona jak święty obrazek na ścianie i konsekwentnie realizowana. Był jej autor i do niego należało ostatnie słowo, jeśli chodzi o ewentualne korekty.

fot.: Piotr Biliński — komentarz P.Biliński "Betonoza kwitnąca przy dworcu"

Skutkiem tego powstał obiekt, w którym uniknięto istotnych błędów, a te, które są, dla przeciętnego zjadacza chleba są niezauważalne. Faktem jest, że część z tych błędów to wynik dalekiej od przyjaznej polityki ówczesnego prezydenta Łodzi. Ale liczy się efekt — Manufaktura jest pełna ludzi nawet w dni niehandlowe i dziś przez przyjezdnych jest kojarzona z symbolem zmian w naszym mieście i… nowym centrum Łodzi.

Natomiast w wypadku NCŁ najpierw była wspaniała idea stworzenia nowej prestiżowej dzielnicy — ludzkiej, gęstej, z funkcjami publicznymi i z przestrzenią dla mieszkańców. Potem przyszła polityka, a za nią megalomania, liczby z kosmosu, naciski, fatalne decyzje planistyczne, a na sam koniec chęć jak najszybszej „monetyzacji” — bezrefleksyjna komercjalizacja działek połączona z wiarą, że „rynek” sam zbuduje „centrum”.

Jak widać, nie zbuduje. „Rynek” zbuduje powierzchnię, którą da się sprzedać. Centrum miasta trzeba zaprojektować, chronić przed lobbystami i konsekwentnie prowadzić przez lata. To jest rola odpowiedzialnych władz miasta i tego w Nowym Centrum Łodzi zabrakło.

Dziś, jakbyśmy nie zaklinali rzeczywistości i ile selfików byśmy sobie nie zrobili, to to, co powstało, nie jest żaden sukces. Jako mieszkańcy obudziliśmy się z ręką w nocniku. Szkoda.

Na koniec mała refleksja… Pamiętam emocjonalny wywiad Roba Kriera — emocjonalny oczywiście jak na wyważonego architekta z ogromnym dorobkiem — na temat masterplanu Nowego Centrum Łodzi. Bardzo się zaangażował w tę kreację. Widział tu diament, który przy pomocy dobrego szlifu stałby się wyjątkowym na skalę światową brylantem.

Rob Krier nie żyje od trzech lat, ale gdyby zobaczył efekt pracy nieudolnego „szlifierza”, to z pewnością powiedziałby co o tym myśli i nie byłoby to miłe.

B.K: Dziękuję za rozmowę.

fot.: Piotr Biliński — Post scriptum: Z czterech wież została betonowa pustka

Post Scriptum

Tutaj muszę pozwolić sobie na osobisty komentarz. Piotr Biliński zwraca uwagę na „betonozę” wokół dworca Łódź Fabrycznego. Na zamieszczonym powyżej zdjęciu widać ją bardzo wyraźnie: szeroka, pusta przestrzeń, pozbawiona zieleni i miejsc, które zachęcałyby ludzi do zatrzymania się.

Pamiętam jednak, że gdy Telewizja TOYA realizowała cykl programów poświęconych budowie dworca Łódź Fabryczna, rozważano dla tego miejsca zupełnie inną przyszłość. Były to lata dwutysięczne. Często nagrywałem wówczas rozmowy z Markiem Faberem, dyrektorem w PKP PLK. Rozmawialiśmy o planach postawienia nad dworcem czterech wież — biurowców, które miały stać się kolejnym etapem tej inwestycji.

Według Marka Fabera przedsięwzięcie miało kosztować około miliarda dolarów. W tamtym czasie żadna z polskich firm nie dysponowała kapitałem pozwalającym na samodzielną realizację projektu o takiej skali, dlatego PKP PLK zamierzało ogłosić międzynarodowy przetarg.

Odszedłem z Telewizji TOYA, zanim budowa dworca została zakończona. Przez kilka kolejnych lat nie miałem bliższego kontaktu z Łodzią. Kiedy wróciłem i ponownie zainteresowałem się dworcem, okazało się, że nie istnieją już żadne plany ani nawet możliwości wybudowania w tym miejscu zapowiadanych biurowców.

Po latach nikt nie pamięta o tamtym założeniu. Została jedynie wielka, betonowa przestrzeń. Być może jestem dziś jednym z ostatnich świadków tamtej koncepcji.

Błażej Kronic

Miejsce reklamoweTwoja reklama tutajSprawdź ofertę
Społeczność Knews

Weź udział w dyskusji!

Masz opinię, dodatkowy kontekst albo chcesz podzielić się własnym doświadczeniem? Zostaw komentarz pod artykułem.

Podoba Ci się ten artykuł?
0 osób polubiło