Biznes i gospodarka w regionie łódzkim
Nowe Centrum Łodzi zostało zepsute? Piotr Biliński: „Szansa została zmarnowana”. Część I
Inwestycje i Rozwój Miast 01.08.2026 20:38 Red.: Błażej Kronic
Piotr Biliński
Rozmówca
Piotr Biliński
Architekt
Błażej Kronic
Nowe Centrum Łodzi miało być miejscem, które przyciągnie mieszkańców, kulturę, usługi i nowe życie miejskie. Zdaniem Piotra Bilińskiego, architekta i Architekta Miasta Łodzi w latach 1990–1997, z pierwotnej idei pozostał układ przeskalowanych dróg, zbyt rozległy dworzec oraz osiedla mieszkaniowe, które nie tworzą centrum, lecz kolejną enklawę deweloperską. W rozmowie z KNews.pl Piotr Biliński wskazuje decyzje, które — jego zdaniem — przesądziły o niepowodzeniu Nowego Centrum Łodzi, i wyjaśnia, dlaczego miasto nie wykorzystało jednej z najważniejszych urbanistycznych szans ostatnich dekad.

Rozmowa z Piotrem Bilińskim, architektem i Architektem Miasta Łodzi w latach 1990–1997.


Błażej Kronic: Kiedy dziś patrzy Pan na Nowe Centrum Łodzi, ma Pan poczucie, że to była dobrze wykorzystana szansa?
Piotr Biliński
Z przykrością podejmuję rozmowę na ten temat bo i ja, może naiwnie, wierzyłem głęboko, że Łódź stanęła przed epokową szansą, której sprostamy. Niestety, my mieszkańcy miasta własnoręcznie ją zmarnowaliśmy. Mówię to nie z powodu samej architektury pojedynczych budynków, bo to jest temat na odrębną rozmowę. Problem jest głębszy. Władze miasta w roku 2006 zdecydowały się na realizację długo oczekiwanej rewolucyjnej inwestycji – połączenia dworców Łódź Fabryczna i Łódź Kaliska (kolej średnicowa) oraz włączenia miasta w system europejskiej sieci kolei dużych prędkości i to wszystko pod ziemią. Zagłębiony dworzec to była szansa na uwolnienie ogromnej ilości terenów „po kolejowych” w środku miasta.

Idea była sensowna. Skoro kolej miała zejść pod ziemię, to przestrzeń nad nią powinna zostać wykorzystana dla ludzi, usług, zieleni, kultury i normalnego miejskiego życia. Budynek dworca miał być integralną częścią struktury miasta. Tak miał powstać obszar-symbol nowej dynamicznie się rozwijającej Łodzi. Nazwano to „Nowym Centrum Łodzi” Wszyscy w to uwierzyliśmy i kibicowaliśmy temu przedsięwzięciu.
Błażej Kronic
Wróćmy do początku. Czym miała być pierwsza koncepcja Nowego Centrum Łodzi?
Piotr Biliński
Dzięki między innymi Andrzejowi Walczakowi zaproszono do rozmów wybitnego luksemburskiego architekta, urbanistę, planistę Roba Kriera. Zafascynowany miejscem i nową ideą przekształcenia dużego fragmentu miasta, po długich sudiach i rozmowach naszkicował on w 2007 roku na „serwetce” swoją wizję.
Wstępny szkic i powstała na jego podstawie wizja obszaru pomysł były spójne. Krier zaprojektował w łódzkiej (dziewiętnastowiecznej) skali: niezbyt wysokie budynki, trochę szersze ulice, możliwość wprowadzenia zieleni, przyjazne dla pieszych przestrzenie, korzystając z klasycznych elementów kompozycji urbanistycznej jakimi są place (rynek Kobro, plac Dworcowy połączony z parkiem Moniuszki), zaułki, dominanty, osie widokowe (między innymi oś Teatr Wielki – rynek Kobro) i inne tym podobne „smaczki” klasycznego projektowania i powiązał to z tkanką pozostałej części miasta – otaczających terenów. To miało być „Nowe Miasto” wpisujące się w łódzką tradycję, logikę dziewiętnastowiecznej Łodzi ale jednocześnie nowoczesne stanowiące unikat na skalę światową— gęste, o ludzkim wymiarze z prestiżową zabudową mieszkaniową, różnorodnymi usługami , instytucjami kultury z miejscami, do których chce się przychodzić, z którymi mieszkaniec Łodzi chce się identyfikować i być z nich dumny. Innymi słowy zgodnie z swoją filozofią kształtowania miast , że „…miasto (Nowe Centrum Łodzi) powinno być utożsamiane z organizmem człowieka , który musi oddychać, myśleć i odpoczywać …” jeśli dobrze pamiętam jego wypowiedź.

Najistotniejszym elementem było usytuowanie budynku głównego dworca - miał być bliżej ulicy Kilińskiego. Człowiek opuszczający dworzec powinien od razu wychodzić do miasta. Nie na pustkę, nie na wielki plac bez funkcji, nie na układ drogowy, tylko do zurbanizowanej przestrzeni miejskiej i suchą stopą do przystanków komunikacji publicznej.
Błażej Kronic
Czyli według Pana problem zaczął się wtedy, gdy ta pierwsza idea została przekształcona w masterplan?
Piotr Biliński
Tak. W pewnym momencie (2008-2009) koncepcja Kriera została przejęta przez „Miasto” i przerobiona w coś, co z jego pierwotną ideą miało niewiele wspólnego. Zresztą był ostry spór (zakończony chyba w sądzie) Urzędu Miasta Łodzi z Robem Krierem , który zobaczywszy pierwsze założenia planistyczne, zabronił używać swojego nazwiska w połączeniu z tym „dziełem”.

Z przyjaznej przestrzeni, w której chce się być i żyć , zrobiono wizję wielkiego anonimowego miasta, jakich w świecie wiele – ot takie typowe dla nas leczenie małomiasteczkowych kompleksów.

Pojawiła się megalomania. Zamiast myślenia o typowej charakterystycznej w skali dziewiętnastowiecznej zabudowie, zaczęło się myślenie o wielkich projektach, wielkich liczbach i wielkiej skali. To potem przeniosło się na konkretne konsekwencje: w układzie drogowym, w rozmiarze dworca, w sposobie projektowania przestrzeni.
Błażej Kronic
Jednym z mocnych wątków w Pana opowieści jest skala planów. Wspomina Pan o założeniach, które dziś brzmią niewiarygodnie.
Piotr Biliński
Bo one były niewiarygodne. Tu dla przykładu przedstawiam prezentowane radnym założenia – wytyczne do Miejscowego Planu Zagospodarowania Przestrzennego , części od dzisiejszej al.Scheiblerów do ul.Kopcińskiego. Zakładano w nich między innymi absurdalną, moim zdaniem, maksymalną ilość jej użytkowników ( mieszkańców i pracowników) na poziomie 90 000 (słownie: dziewięćdziesiąt tysięcy) ludzi ! Dziewięćdziesiąt tysięcy - obrazowo to całe Pabianice na obszarze 30 ha!
Zakładano możliwość sytuowania budynków wysokościowych od 120 do 240 m (punktowiec-o wysokości 240 dominanta w pobliżu wiaduktu przy Kopcińskiego) pokaźnej ilości budynków od 55 do 120 m uzupełnionych dużą ilością budynków wysokich od 25 do 55 metrów i punktowo w ramach wypełniania istniejącej tkanki w okolicach ul. Narutowicza budynki średniowysokie od 12 do 25 metrów. Ot, taki Manhattan dla ubogich.
Skutkiem takiego myślenia (nawet przyjmując tzw. wartości średnie) była konieczność zaprojektowania abstrakcyjnie wielkiej infrastruktury obsługującej tę wizję. Bo jeśli przyjmuje się takie liczby, to później wychodzi, że drogi są za wąskie, że trzeba dokładać pasy, budować nowe przebicia, projektować układ pod samochody. Dla przykładu zaproponowano w założeniach maksymalną ilość niezbędnych miejsc parkingowych w tym obszarze na poziomie 19 000. Przyjmując wskaźnik 25 m2 na stanowisko to daje nam 47 ha parkingów ! – pominąwszy fakt, że te samochody muszę wjechać i wyjechać w ten obszar zwykle w tych samych godzinach. Skutkiem tego powstaje infrastruktura, która rozcina przestrzeń i zabija kameralną tradycyjną miejskość, a z „uzysku” terenów jaki mieliśmy dostać po zagłębieniu infrastruktury kolejowej nie zostało nic…

Podobnie było z dworcem (kolejowy + autobusowy). Przyjmowano ogromne potoki pasażerów. Początkowo mówiono nawet o trzystu tysiącach. To jest skala największych dworców londyńskich, a nie dworca w Łodzi. Później mówiono już o 100000 ale i to wydaje się być nierealne ( Warszawa Centralna to dziś ok 55 000). Można to usprawiedliwiać polityczną potrzebą – „władza” musiała „uzasadnić” wysokie koszty inwestycji, ale projektant nie powinien bezrefleksyjnie podporządkowywać przestrzeni takim założeniom.
Błażej Kronic
Co w takim razie najbardziej Pana razi w obecnym dworcu Łódź Fabryczna?
Piotr Biliński
Podziemna część kolejowa jest bardzo dobrze zaprojektowana. To czysta technologia. Nie mam do niej zastrzeżeń. Problemem jest to, co znajduje się na wierzchu. Dworzec jest rozległy, rozciągnięty, oddalony od miasta. Ja to nazywam trochę brutalnie „rozdeptaną żabą”, bo on jest rozbity, rozlany.
Dlaczego człowiek idący od strony Kilińskiego musi przechodzić przez pustkę, żeby dostać się do dworca? Czy jest to zachęcające by pieszo przemieszczać się w kierunku Piotrkowskiej ?
Budynek dworca powinien być integralnym elementem zabudowy miasta. W Krakowie, Wrocławiu, czy Katowicach mimo różnych problemów, wychodząc z dworca wnika się wprost w jakąś tkankę miejską. W Łodzi ma się wrażenie, że dworzec zrzucono na spadochronie i postawiono na pustyni bez żadnego nawiązania do kontekstu.
Błażej Kronic
Pamiętam, że jednym z haseł przy Nowym Centrum Łodzi było „zszywanie miasta”.
Piotr Biliński
To było później, w momencie jak się pojawiły pierwsze rysunki. Aktywiści miejscy wychwycili natychmiast ten dramatyczny mankament. Zorganizowano warsztaty, wciągnięto w nie mieszkańców Łodzi ale… było już za późno. Właśnie dlatego to jest tak bolesne. Mówiono o zszywaniu miasta, o poważnych konsultacjach, o braniu poważnie pod uwagę „głosu ludu”, a tak naprawdę była to zasłona dymna - „siłowo” wprowadzono gotowe już rozwiązania przestrzenne, które same w sobie były „rozpruciem”.

Od Kilińskiego czy Narutowicza do dworca idzie się przez miejsca, które nigdy nie będą prowokowały intensywnego życia miejskiego.

Z drugiej strony są estakady, drogi, podjazdy, układ podporządkowany przewidywanym abstrakcyjnym potokom samochodów, które w takiej skali się nie pojawiły i nigdy nie pojawią (mam w swej kolekcji opracowania zlecane przez ZDIT udowodniające te wielkie liczby – ciekaw jestem jak się czują „fachowcy” którzy z imienia i nazwiska brali za nie odpowiedzialność).

Dostęp od północy do przystanków komunikacji miejskiej (tramwaj, autobus ) nie jest objęty wspólnym dachem z dworcem zatem , nie da się przejść suchą stopą na przystanki, na których nota bene znajdują się wiaty nie chroniące przed niczym. Jak zatem można mówić o przyjaznej dla pasażera integracji systemów komunikacji !
Nie ma miejsca na subtelną „grę urbanistyczną” tworzenia ciekawych ludzkich w skali przestrzeni, zacisznych zaułków. Nawet „krierowska” oś kompozycyjna na Teatr Wielki z projektowanego „Rynku Kobro” jest zakłócona przypadkowo wlepionymi budynkami dworca.
Mieliśmy odzyskać tereny po całej „starej” infrastrukturze kolejowej. Kiedyś naszkicowałem, ile realnie terenów inwestycyjnych odzyskaliśmy po całej operacji. Wyszło mi, że praktycznie zero a nawet straciliśmy
Błażej Kronic
Obecna infrastruktura związana z obsługą dworca zajmuje tyle miejsca, że efekt urbanistyczny jest odwrotny od zakładanego. W pierwotnej wizji ważne miały być funkcje centrotwórcze. Kultura, EC1, być może muzeum, projekty przyciągające ludzi z całego miasta. Co się z tym stało?
Piotr Biliński
Jeżeli mówimy „Nowe Centrum Łodzi”, to najpierw trzeba zapytać, czym jest „centrum” Nie ma formalnej definicji „centrum miasta” bo to z pewnością nie jest jego geometryczny środek. Możemy tylko intuicyjnie określić takim mianem obszar, w którym mieszkańcy całego miasta chcą bywać, a przebywanie tam wiążą z rodzajem „nobilitacji” jak np. Rynek Starego Miasta w Krakowie. Centrum nie powstaje dlatego, że postawimy kilka budynków i nazwiemy je „centrum”. Muszą tam być rzeczy, które ściągają ludzi. Takie, które sprawiają, że człowiek ma powód, żeby tam przyjechać, zostać, spotkać się, wejść do środka, coś zobaczyć a i mieszkanie w takim obszarze uważane jest za prestiż.

Dlatego idea przebudowy EC1 to był fantastyczny pomysł. Wtedy mówiło się o czymś w rodzaju łódzkiego „Centrum Kopernika”. To był doskonały kierunek: film, technika, przemysł kreatywny, kultura, ta słynna „Muzeum-rura”, różne pomysły, które może były dyskusyjne, ale miały ważną cechę — były centrotwórcze i promowały łódzkie dokonania i Łódź jako wyjątkowe miejsce w świecie. One nie były skierowane tylko dla ludzi, którzy będą tam mieszkać. One miały mieć walor ogólnomiejski, regionalny, ogólnopolski.

Trzeba pamiętać, że Łódź w tamtym czasie( początek lat 2000) ciągle żyła przyzwyczajeniem, że wszystko można znaleźć na Piotrkowskiej. Piotrkowska była tym naturalnym „centrum”. A lata 1990-2000 to był jej „Złoty Okres”, byliśmy z niej znani w świecie i dumni. Najdroższa ulica w Polsce, genialne happeningi „Fundacji Ulicy Piotrkowskiej”. Piotrkowska żyła i wydawało się, że będzie tak żyć wiecznie. Ale to się zaczęło zmieniać. Remonty, zmiany w handlu, kryzys i wiele innych przyczyn, o których też moglibyśmy porozmawiać — to wszystko przesunęło ciężar miasta. Dzisiaj, czy nam się to podoba, czy nie, to „Manufaktura” jest synonimem nowego centrum Łodzi, bo to jest właśnie miejsce, do którego ludzie dążą i z Łodzi i z całego regionu.

Piotrkowska jest oczywiście ważna, ale nie ma już tej samej siły centrotwórczej. Są restauracje, są pojedyncze sklepy, jest sporadyczny ruch ale są też miejsca praktycznie wymarłe… to już nie jest miejsce takie jak kiedyś. Dlatego „Nowe Centrum Łodzi” mogło być równoważną, a może nawet lepszą odpowiedzią na Manufakturę. Nie wyłącznie komercyjną, ale kulturotwórczą i miejską.

I właśnie dlatego ta pierwsza serwetka Kriera była tak ważna. Nie chodziło o sam rysunek, tylko o zaczątek myślenia: zróbmy tu fragment wyjątkowego miasta, z którego mieszkańcy Łodzi mogliby być dumni.
Błażej Kronic
Projekt Gehry’ego też Pan by zostawił?
Piotr Biliński
Tak, ale pod jednym warunkiem: że byłby to projekt prywatny, a nie obciążający miasto kosztami budowy i późniejszego utrzymania. Jako gest architektoniczny, jako obiekt pomnikowy, przyciągający fanów jego architektury a jednocześnie profesjonalne centrum kongresowe, którego w Łodzi brak, mógłby mieć sens. Ale jeżeli miasto miałoby ponosić koszty realizacji i eksploatacji, to już jest zupełnie inna rozmowa.
odobnie z Libeskindem. Jego Brama Miasta była przynajmniej próbą stworzenia mocnego znaku charakteryzującego nowe dynamiczne „otwarcie” Łodzi. Można dyskutować, czy projekt był piękny, czy nie. Ale był czymś więcej niż zwykłym komercyjnym budownictwem biurowym. Szkoda, że z tego zostały w praktyce dwa klocki, które na siłę , chyba złośliwie, nazywamy „Bramą Miasta”.
Błażej Kronic
Dziś Nowe Centrum Łodzi wypełnia się głównie mieszkaniami. To nie jest dobra droga?
Piotr Biliński
Nie w tej formie. Mieszkania oczywiście mogą i powinny być w centrum. Problem polega na tym, jakie to są mieszkania, dla kogo są projektowane i czy wokół nich powstaje prawdziwa infrastruktura społeczna i przyjazna przestrzeń tak dla mieszkańców jak i przyjezdnych.

Jeżeli na duża skalę w budowanych budynkach dominuje struktura mieszkań jedno- i dwupokojowych, to nie budujemy trwałej społeczności. To są lokale dla osób, które wpadają, wynajmują, traktują to miejsce przejściowo. Na Śląsku mówi się o „ptokach i krzokach”. „Krzoki” zapuszczają korzenie, zostają, budują relację z miejscem. „Ptoki” przylatują i odlatują. W Nowym Centrum Łodzi projektuje się raczej przestrzeń dla „ptoków” – to budownictwo dalekie jest od prestiżowego jakie zakładała pierwsza wizja Kriera.

Koniec części I.