Politechnika Łódzka kształci specjalistów, których potrzebuje gospodarka — ale wielu z nich opuszcza region. Profesor Krzysztof Jóźwik mówi wprost: bez dużych inwestycji i realnych miejsc pracy Łódź nie zatrzyma absolwentów. W rozmowie z knews.pl wskazuje konkretne problemy — od braków w edukacji po zbyt słaby rynek pracy, który nie daje młodym inżynierom perspektywy rozwoju.
Błażej Kronic, knews.pl: Panie Rektorze, zastanawiałem się nad jedną rzeczą. Z rozmów wynika, że jest Pan jedną z najważniejszych osób w regionie.
Profesor Krzysztof Jóźwik, Rektor Politechniki Łódzkiej: Miło mi, ale dlaczego?
B.K.: Rozmawiając z przedsiębiorcami, praktycznie wszyscy mówią o biznesie w kontekście zaplecza akademickiego. Politechnika Łódzka jest tu wskazywana jako kluczowa. Bez waszego zaplecza edukacyjnego rozwój regionu byłby bardzo trudny.
K.J.: Bardzo mnie to cieszy. Liczę, że takie opinie będą coraz częściej pojawiać się także w szerszej debacie publicznej.
Jednocześnie dostrzegam pewne wyzwanie.
B.K.: Jakie?
K.J.: To problem systemowy. Kandydaci na studia techniczne powinni być dobrze przygotowani z matematyki. To podstawowe narzędzie pracy inżyniera. Tymczasem programy kształcenia na wcześniejszych etapach edukacji nie zawsze to zapewniają.
Szkoły średnie często nie przygotowują wystarczająco do podjęcia studiów. Jeżeli ktoś ma chemię dwie godziny w tygodniu i tylko przez jeden rok, trudno oczekiwać, że ją zrozumie – nie tylko na poziomie definicji, ale jako praktyczne narzędzie.
B.K.: A sztuczna inteligencja? Czy ona nie pomaga nadrobić tych braków?
K.J.: Może pomóc – pod warunkiem że ktoś potrafi właściwie formułować pytania. Wtedy rzeczywiście można otrzymać wartościowe odpowiedzi.
Problem polega na tym, że młodzi ludzie coraz częściej korzystają ze skrótów – zamiast sięgać po pełne opracowania czy książki, wybierają gotowe podsumowania. To z kolei ogranicza realne rozumienie materiału.
A naszym zadaniem jest wykształcenie inżyniera, dlatego część czasu poświęcamy więc na uzupełnianie braków wyniesionych ze szkoły.
B.K.: Jak to pogodzić? Z jednej strony słabsze przygotowanie, z drugiej rosnące wymagania rynku i duże zapotrzebowanie na absolwentów.
K.J.: To prawda – technologia będzie odgrywać coraz większą rolę.
Dlatego wprowadziliśmy egzamin kompetencyjny. To zestaw zadań i studiów przypadków, który pozwala sprawdzić, czy absolwent rzeczywiście posiada wiedzę i umiejętności zapisane w programie kształcenia.
Jeżeli student zdaje ten egzamin, to jest dla mnie potwierdzenie, że posiada wymagane kompetencje. I bez obaw podpisuję jego dyplom. Mówiąc wprost: wypuszczamy na rynek inżynierów przygotowanych do pracy.
Z tego wynika również wysoki odsiew. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ktoś, kto np. skończył budownictwo, projektuje most i ten most się zawala. To nie jest tylko jego problem – to realne zagrożenie dla ludzi.
Wracając do roli Politechniki jako zaplecza dla Łodzi – jestem optymistą.
Wiem jednak, że same deklaracje czy dobra wola nie wystarczą. Potrzebny jest spójny system łączący edukację i rynek pracy.
Dlatego tak ważne jest szkolnictwo średnie i zawodowe. Przez lata się o tym mówiło, dziś zaczynają być widoczne pierwsze zmiany.
Gospodarka potrzebuje całego łańcucha kompetencji – nie tylko inżynierów, ale też fachowców: ślusarzy, elektryków, techników. To są zawody krytyczne dla funkcjonowania systemu - i takie, których sztuczna inteligencja nie zastąpi.
B.K.: Kształcicie ludzi, którzy są świetnymi specjalistami i mogą pracować wszędzie. Dziś świat potrzebuje inżynierów. Jak zatrzymać ich w Łodzi?
K.J.: Dziś wielu z nich znajduje pracę poza regionem, bo skala możliwości w Łodzi jest wciąż zbyt mała. Jeśli młody człowiek myśli: „przyjadę tu na studia”, to bardzo szybko pojawia się pytanie: „co dalej?”.
Aby ich zatrzymać, potrzebujemy jednego – realnych perspektyw rozwoju zawodowego.
B.K.: Niech zgadnę – dobrych ofert pracy.
K.J.: Tak, ale nie chodzi o same oferty. Potrzebujemy dużych pracodawców – firm i instytucji, które zaoferują ambitną, rozwojową pracę po studiach. Kilku dużych graczy potrafi zmienić cały ekosystem.
Stąd moje starania o obecność instytucji takich jak Europejska Agencja Kosmiczna. To nie jest tylko kwestia prestiżu – to konkretne miejsca pracy i impuls dla całego sektora technologicznego.
Podobnie było z próbą ulokowania produkcji śmigłowców Caracal. Za taką inwestycją idzie cały łańcuch kompetencji, wiedzy i technologii. Na tysiąc osób zatrudnionych w zakładzie przypada kilka tysięcy miejsc pracy w firmach współpracujących – dostawcach komponentów i usług.
Dziś pojawiają się jednak nowe, bardzo konkretne szanse. Podpisane zostały umowy offsetowe z Lockheed Martin, dzięki którym właśnie tutaj powstanie centrum serwisowe śmigłowców AH-64E Apache Guardian. To przykład inwestycji, która może realnie zmienić lokalny rynek pracy — stworzyć wysokospecjalistyczne miejsca zatrudnienia i przyciągnąć kolejne firmy z branży.
I właśnie takich projektów potrzebujemy więcej, jeśli chcemy zatrzymać absolwentów w regionie.
B.K.: Czyli takie firmy byłyby impulsem dla całego rynku?
K.J.: Tak właśnie to działa. W Brazylii zaczynało się od montowni helikopterów firmy Airbus, a dziś funkcjonuje pełna struktura – od fabryki, przez centra badawcze, po rozbudowaną sieć poddostawców.
W Polsce też mamy takie przykłady – Airbus zainwestował w kilku lokalizacjach, w tym w Łodzi i pod Strykowem. To właśnie efekt synergii - jedna inwestycja przyciąga kolejne i buduje cały ekosystem.
Jeśli spojrzymy na inne ośrodki – Poznań ma dużą fabrykę Volkswagena, Wrocław kilka znaczących zakładów przemysłowych. To one tworzą realne miejsca pracy dla absolwentów. Pod tym względem Łódź wciąż ma jeszcze sporo do nadrobienia.
B.K.: Co sprawia, że Łodzi nie udaje się przyciągnąć tak dużych inwestycji?
K.J.: To jest proste w swojej zasadzie: bez ludzi nie ma inwestycji, a bez inwestycji nie ma ludzi.
Mamy dobre przykłady, jak Atlas, który zatrudnia wielu naszych absolwentów, także w ramach doktoratów wdrożeniowych. Ale to wciąż za mało – potrzebujemy więcej takich firm.
Problem jest podwójny. Brakuje specjalistów, szczególnie informatyków. Jednocześnie– to my ich kształcimy. Uczelnia nie jest w stanie konkurować płacowo z rynkiem. Firmy przejmują naszych pracowników, a ci, którzy zostają, często pracują na granicy wydolności. W takich warunkach trudno zwiększać liczbę absolwentów.
Do tego dochodzi słabsze przygotowanie kandydatów, których musimy doszkalać, o czym już mówiłem.
Jest też kwestia ekonomii – informatyk w firmie zarabia wielokrotnie więcej niż na uczelni. Trudno więc oczekiwać, że wybierze ścieżkę akademicką.
B.K.: Co więc trzeba zrobić?
K.J.: Odpowiedź nie jest prosta.
B.K.: W sensie – zwiększyć liczbę absolwentów?
K.J.: Nie do końca o to chodzi. Potrzebujemy pełnej „piramidy kompetencji”. Nie tylko wąskiej grupy wysoko wykwalifikowanych specjalistów, ale też silnego szkolnictwa średniego i zawodowego.
Przemysł potrzebuje całego łańcucha kadr – od techników po inżynierów.
Mamy narzędzia: strefę ekonomiczną, tereny inwestycyjne, ofertę miasta. Kluczowe jest zapewnienie ludzi na każdym poziomie i przyciągnięcie kilku dużych pracodawców, którzy uruchomią efekt skali. Bez tego ten mechanizm się nie odwróci.
Zmieniło się też podejście do wykształcenia. Brak studiów nie oznacza dziś niższej wartości człowieka. Kompetencje praktyczne i umiejętności są równie istotne jak formalne wykształcenie.
B.K.: Ostatnio dużo mówi się o półprzewodnikach. Czy to może być szansa dla Łodzi?
K.J.: Jeśli mówimy o produkcji chipów, trzeba jasno powiedzieć: pełnoskalowa fabryka to bardzo trudny projekt i wymaga ogromnych nakładów.
Ale Łódź ma swoją szansę. Możemy zagospodarować cały ekosystem wokół tej branży. Chipy to nie pojedynczy produkt, to złożony łańcuch technologiczny.
Mamy silne kompetencje akademickie – w optoelektronice, technologii materiałowej, nanoszeniu warstw czy wytwarzaniu złożonych struktur.
Widzę tu konkretną rolę dla miasta. Łódź mogłaby stać się ośrodkiem końcowego montażu – miejscem integracji komponentów w gotowy produkt. To realny scenariusz i realna szansa dla regionu.
B.K.: Czy „mozaikowość” przemysłu w regionie to słabość? Co wynika z raportu, który przygotowała Politechnika, a dotyczy przemysłu w województwie łódzkim
K.J.: Niekoniecznie. Centralizacja produkcji w jednym miejscu bywa ryzykowna. W czasie pandemii zakłócenia w kilku fabrykach procesorów wywołały globalne problemy w wielu branżach.
Model rozproszony jest bardziej bezpieczny. Polska ma tu przewagę – dobre położenie, sprawną logistykę, brak dużych barier geograficznych, naturalnych przeszkód, które utrudniałyby transport materiałów i produktów.
Technologie w dużej mierze już istnieją – choć często na poziomie laboratoryjnym. Wyzwaniem jest przeniesienie ich do skali przemysłowej. To proces trudny, ale możliwy.
Mamy w tym doświadczenie. Wiele rozwiązań powstawało na uczelni, rozwijało się w laboratoriach, a następnie trafiało do przemysłu – choćby w obszarze zaawansowanych materiałów.
Ten model działa - potrzebne są jedynie decyzje i konsekwencja we wdrażaniu.
B.K.: Panie Rektorze, kolejnym dużym tematem w rozmowach jest budowa CPK. Mówimy o czasie dojazdu do Warszawy rzędu 30 minut i kilkunastu–kilkudziesięciu minut do lotniska. Czy to jest szansa dla Łodzi?
K.J.: To jest jednocześnie szansa i zagrożenie. Szansa, bo przestaje istnieć bariera czasu dojazdu. Jeśli transport będzie szybki i przewidywalny, Łódź staje się naturalnym miejscem do lokowania działalności.
Z drugiej strony – łatwiejszy dojazd oznacza też większą konkurencję. Firmy i pracownicy zyskują większą swobodę wyboru lokalizacji, co wymaga od nas większej atrakcyjności miasta i oferty dla biznesu. To oznacza, że Łódź musi stać się miastem, które przyciąga biznes i ludzi nie tylko lokalizacją, ale też ofertą i atrakcyjnością całego ekosystemu.
B.K.: Dziś dojazd samochodem do Warszawy czasem bywa problematyczny. Trzeba poświęcić jednak ponad 2 godziny na tą trasę.
K.J.: Tak, zwłaszcza gdy na drodze zdarzają się utrudnienia. To wynika z ograniczonej przepustowości. Jeżeli infrastruktura zostanie rozbudowana i transport stanie się bardziej płynny, sytuacja ulegnie znaczącej poprawie.
B.K.: Jaką rolę może w tym układzie odegrać Łódź?
K.J.: Kluczowa jest kombinacja kilku elementów: szybkie połączenia, położenie na skrzyżowaniu autostrad i potencjał lotniska. Łódzkie lotnisko ma warunki, by rozwijać funkcję cargo.
Jeżeli połączymy te czynniki, pojawia się realny potencjał dla rozwoju przemysłu – nie tylko logistyki, choć ona już dziś rozwija się intensywnie, ale także kolejnych branż, które mogą tu powstawać i rosnąć.
B.K.: Czyli to może być impuls do budowy pełniejszego rynku pracy?
K.J.: Dokładnie tak. Chodzi o domknięciu procesu, o którym rozmawialiśmy wcześniej – czyli stworzeniu miejsc pracy dla ludzi, których kształcimy. Jeżeli pojawią się odpowiednie inwestycje, cały ten łańcuch może zacząć działać w pełni.
Komentarze