Maciej Nowicki: Gastronomicznie Łódź została daleko za Poznaniem, Wrocławiem i Trójmiastem
Łódź ma trzy restauracje w przewodniku Michelin: Acanti z wyróżnieniem Bib Gourmand oraz Malinową i Ogień i Sól w selekcji przewodnika. Dla części środowiska to powód do satysfakcji, bo miasto po raz pierwszy zostało zauważone przez jeden z najważniejszych przewodników gastronomicznych świata. Dla Macieja Nowickiego, dziennikarza zajmującego się tematyką winiarską i jednego z najlepszych polskich ekspertów od wina, to przede wszystkim trzeźwa diagnoza kondycji łódzkiej gastronomii. — Nie jestem zaskoczony samą skalą tego wyniku. To tylko pokazało, że od strony gastronomicznej Łódź nie gra w tej samej lidze co Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań czy Trójmiasto — mówi w rozmowie z Błażejem Kronicem.
Michelin Guide Poland 2026 objął po raz pierwszy restauracje z całej Polski. W przewodniku znalazło się 196 rekomendowanych restauracji, w tym jedna restauracja z dwiema gwiazdkami, 10 restauracji z jedną gwiazdką, 38 restauracji Bib Gourmand i jedna Zielona Gwiazdka Michelin. W Łodzi wyróżnione zostały trzy lokale: Ogień i Sól, Malinowa oraz Acanti, które otrzymało Bib Gourmand.

fot.: archiwum prywatne
„Nie jestem zaskoczony skalą wyniku. Same wskazania mogą budzić pytania”
Błażej Kronic: Michelin po raz pierwszy spojrzał szerzej na całą Polskę, a nie tylko na kilka wybranych miast, jak było wcześniej. Jak patrzysz na wynik Łodzi? Mamy powody do radości?
Maciej Nowicki: Nie mamy powodów do radości. Ale też muszę powiedzieć, że nie jestem kompletnie zaskoczony samą skalą tego wyniku. To zestawienie tylko pokazało, że od strony gastronomicznej Łódź niestety nie gra w tej samej lidze co Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań czy Trójmiasto.
Zresztą podobnie jest w przypadku sceny winiarskiej, jeśli chodzi o wine bary i miejsca, które naprawdę budują kulturę picia wina. To jest temat, którym zajmuję się na bieżąco, więc sam fakt, że Łódź dostała niewiele wyróżnień, mnie nie zaskoczył.
Byłem raczej lekko rozbawiony tym, co działo się przed ogłoszeniem wyników. Czytałem komentarze na różnych forach, licytowanie się, co Łódź w końcu dostanie, kto jest absolutnym pewniakiem, kto na sto procent „zaliczy” wyróżnienie.
Nawet ci najbardziej optymistyczni zastanawiali się, czy może pojawi się jakaś gwiazdka. A na to oczywiście nie było najmniejszych szans. Nigdy. Skończyło się tak, jak moim zdaniem musiało się skończyć. I uważam, że Bib Gourmand dla Acanti to i tak jest duży sukces Łodzi.
Czyli sam wynik Łodzi nie jest dla Ciebie zaskoczeniem. Ale czy zaskoczyło Cię to, które restauracje Michelin ostatecznie wskazał?
W pewnym sensie tak. To znaczy, nikt nigdy do końca nie jest w stanie przewidzieć, co konkretny inspektor Michelin zauważy w danym miejscu i na co zwróci uwagę. To dotyczy zresztą nie tylko Łodzi, ale wszystkich miast.
Właściwie wszędzie po ogłoszeniu wyników pojawia się jakaś kontrowersja albo zaskoczenie. Ktoś, kto według części środowiska powinien dostać wyróżnienie, go nie dostaje. Ktoś inny dostaje i część osób pyta: dlaczego akurat on?
Jeśli chodzi o Łódź, cieszy mnie Acanti. Wydaje mi się, że to jest model dobrze łączący to, czego szuka Bib Gourmand. To jest zresztą moja ulubiona kategoria w Michelin, bo dotyczy świetnej jakości przy odpowiedniej cenie. Mówiąc krótko: dobrej relacji jakości do ceny.
Natomiast rekomendacja Michelin, czyli samo zauważenie restauracji w przewodniku, to jest sygnał, że na dane miejsce warto zwrócić uwagę. I tutaj rzeczywiście mógłbym się zastanawiać, czy nie brakuje mi kilku innych łódzkich miejsc. Czy akurat rekomendacje w obu pozostałych przypadkach są tymi, na które sam bym liczył? Nie wiem. Powiem szczerze: równie dobrze mogłyby dotyczyć kogoś innego.

fot.: archiwum prywatne
„Inspektor Michelin patrzy na komplet doświadczenia”
Co właściwie bierze pod uwagę inspektor Michelin? Bo wiele osób sprowadza to do pytania: czy dobrze karmią?
To jest absolutnie komplet wszystkiego. Doświadczenie restauracyjne musi być kompletne. I wydaje mi się, że to jest największy problem łódzkiej gastronomii.
Oczywiście jakość jedzenia zawsze jest punktem wyjścia. Ale to nie jest jedyna rzecz. Liczy się wszystko: od momentu rezerwacji, przez sposób opieki nad gościem, serwis w trakcie kolacji, powtarzalność dań, atmosferę, poczucie gościnności, aż po detale, których przeciętny gość może nawet świadomie nie zauważać.
Inspektor nie pojawia się po prostu raz, zjada jedno danie i wychodzi. To jest proces. Liczy się powtarzalność. Liczy się hospitality, czyli ta legendarna gościnność, która w restauracji jest absolutnie kluczowa.
Do tego dochodzi wino. Dla mnie esencją restauracji jest także karta win, karta alkoholi, a coraz częściej również dobra oferta mocktaili, czyli koktajli bezalkoholowych. Ważne jest, czy jest osoba odpowiedzialna za serwis wina, czy potrafi o nim opowiedzieć, doradzić, dobrać je do jedzenia. To wszystko składa się na pełną wizytę.
Z tego, co czasami opowiadają restauratorzy, którzy już dostali wyróżnienia albo mieli kontakt z oceną Michelin, brane są pod uwagę naprawdę najmniejsze szczegóły. Lokalizacja, wystrój, obsługa, sposób prowadzenia gościa, rytm kolacji. Jedzenie jest kluczowe, ale to nie jest tylko jedzenie.
Dużo jeździsz po Polsce. Czego w Łodzi brakuje najbardziej?
Myślę, że w Łodzi brakuje przede wszystkim tych elementów otaczających jedzenie. Jestem daleki od stwierdzenia, że w Łodzi nie da się dobrze zjeść. Da się. Natomiast brakuje całej otoczki: gościnności, dbałości o serwis, świadomości właścicieli i menedżerów, jak bardzo te inne elementy są potrzebne.
O tym mówi się i pisze coraz częściej, zwłaszcza po ogłoszeniu wyników Michelin. Bolączką łódzkiej gastronomii jest słaby serwis i słaba świadomość tego, czym tak naprawdę jest pełne doświadczenie restauracyjne.
Jestem też absolutnie przekonany, patrząc ze swojego podwórka, że problemem wielu łódzkich restauracji jest wino. Sommelierów w restauracjach policzyć można na palcach jednej ręki. Często gość, który chciałby spróbować wina, dobrego koktajlu bezalkoholowego czy klasycznego koktajlu, nie jest odpowiednio zaopiekowany.
Karty win bywają bardzo przeciętne. Karty koktajli i mocktaili również. Czasami brakuje elementarnej wiedzy dotyczącej tego, jak to powinno wyglądać. Pamiętam dyskusje na forach i w mediach społecznościowych o absurdalnych błędach w kartach win.
Oczywiście literówka może się zdarzyć każdemu. Ale nie można mylić regionów, nie można mylić stylów wina, nie można zostawiać takich błędów miesiącami w karcie.
Jeżeli ktoś chce być restauracją na poziomie, miejscem na poziomie dobrego bistro, niezależnie od tego, czy marzy o wyróżnieniu Michelin, czy po prostu chce być miejscem, do którego ludzie będą wracać, musi zwracać uwagę na takie rzeczy. Obawiam się, że łódzka gastronomia wciąż często tej uwagi nie poświęca.
„Affogato dawało nadzieję, że ten rynek się zmieni”
Rozmawialiśmy wcześniej o konkretnych miejscach i o tym, co działo się w Łodzi przez ostatnie lata. Dużo mówiłeś kiedyś o Affogato. To była dla Ciebie restauracja, która dawała nadzieję, że łódzki rynek zacznie się zmieniać?
Tak. Affogato było takim miejscem. Oczywiście ono istniało wcześniej, w różnych lokalizacjach, ale dla mnie ten jakościowy okres Affogato zaczął się po przenosinach do nowej lokalizacji przy Piotrkowskiej, a przede wszystkim po objęciu sterów Szefa Kuchni przez Jakuba Hamankewicza.
To były chyba dwa lata bardzo intensywnego działania. Imponująco zaaranżowana przestrzeń, bardzo dobra karta win, koktajle robione na miejscu, różne infuzje, mocktaile, elementy dekoracyjne, przemyślana całość. Tam wszystko się łączyło. Nawet jeśli zdarzały się jakieś wpadki, to przy całej skali tego, co się działo, one nie były aż tak widoczne.
To była restauracja, o której mówiło się w całym kraju. Ludzie z innych miast wiedzieli, że w Łodzi jest takie miejsce. To jest dla mnie bardzo ważne kryterium. Nie chodzi tylko o to, że restauracja jest dobra dla mieszkańców miasta. Chodzi o to, czy ktoś mówi: jedziemy do Łodzi, bo chcemy zjeść właśnie tam.
Łódź na przestrzeni dekady na pewno się zmieniła. Pojawiło się sporo nowych miejsc. Ale niestety one nie wnoszą wiele do krajowego obrazu gastronomii. Są miejsca, o których od lat mówi się, że warto do nich przyjść, jak choćby Ato Sushi, ale z mojej osobistej perspektywy największym osiągnięciem staje się tam zachowanie status quo. Nic się tam zasadniczo nie zmienia. Przestały być punktem wyjątkowym.
Oczywiście jeśli ktoś przyjeżdża do Łodzi, można tam zajrzeć. Ale to już nie jest to samo, co kiedyś. Tym bardziej ciekawe jest to, że niedawno Ato Ramen otworzyło swoją restaurację w Warszawie. Być może właściciele też doszli do wniosku, że w samej Łodzi nie są w stanie wiele więcej osiągnąć.
Mam poczucie, że na tle innych miast gastronomia w Łodzi zmienia się bardzo wolno. Wciąż pokutują u nas jakieś naleciałości lat 90., albo szerzej — dawne przyzwyczajenia, których w innych miastach już właściwie nie ma, a u nas nadal mocno się trzymają.

fot.: archiwum prywatne
„Anatewka jest miejscem dla turysty, nie dla wymagającego gościa”
Myślę o Anatewce, która dla wielu osób jest takim flagowcem łódzkiej gastronomii. Nie została dostrzeżona przez Michelin.
Ja mam na Anatewkę zupełnie inne spojrzenie. Dla mnie to jest miejsce, które oczywiście na gościach z zagranicy może robić wrażenie anturażem, wystrojem, całym przygotowaniem tej przestrzeni. Ale wyjątkowe doznania kulinarne w Anatewce skończyły się dla mnie dekadę temu.
Zdecydowanie bliżej mi do Piwnicy Łódzkiej. To miejsce bardzo ciekawe, choć z głównie z powodów lokalizacyjnych czy wykończeniowych, raczej bez szans na wyróżnienie Michelin. Nie zmienia to jednak faktu, że od wielu lat spróbować tam można najlepszych dań związanych z historią łódzkiej kuchni.
Anatewka została natomiast miejscem, do którego można zaprowadzić zagranicznego gościa, ale raczej turystę niż biznesmena czy kogoś bardzo wymagającego gastronomicznie. Z pewnością wnętrze ma swój unikalny klimat, w menu z pewnością daje wybrać się smaczne propozycje, ale to nie jest kuchnia, która robi takie wrażenie, jakie robiła kiedyś.
Dlatego to, że Anatewka nie została zauważona przez Michelin, kompletnie mnie nie dziwi.
„Restauracje hotelowe powinny ciągnąć gastronomię. W Łodzi tego nie widać”
Ważnym elementem gastronomii w wielu miastach są restauracje hotelowe. W Łodzi otworzył się po remoncie Grand Hotel z Malinową, jest Acanti, rozmawialiśmy też o PURO. Czy hotele powinny ciągnąć gastronomię w mieście?
Tak, zdecydowanie. W dzisiejszych czasach restauracja hotelowa, jeśli chce się wyróżnić, gra zupełnie inną rolę niż kiedyś.
To już nie jest tylko miejsce dla gości hotelowych, którzy meldują się w pokoju i nie mają ochoty nigdzie iść, więc zjeżdżają windą na dół, jedzą kolację i dopisują ją do rachunku. Dzisiaj restauracje znajdujące się w hotelach często grają we własnej lidze. Czasami ich jakość i sława wyprzedzają nawet sam hotel.
Acanti jest dobrym przykładem. To będzie miejsce bardziej rozpoznawalne niż obiekt noclegowy, w którym się znajduje. Tak dzieje się w wielu miastach w Polsce. I oczywiście taka próba jest podejmowana także w Łodzi. Mam jednak wrażenie, że na razie z dużo mizerniejszym skutkiem niż gdzie indziej.
Dwa przykłady są tu kluczowe. Pierwszy to Malinowa w Grand Hotelu. Dla wielu łodzian, szczególnie starszej daty, Malinowa była kiedyś kultowym miejscem, symbolem elegancji. Potem ta renoma coraz bardziej upadała, ale chyba wszyscy mieli przekonanie, że po wyremontowaniu Grand Hotelu, które zostało zrobione wyjątkowo dobrze i jest uznawane za jedną z lepszych renowacji hotelarskich ostatnich lat w Polsce, Malinowa co najmniej temu dorówna.
Tymczasem Malinowa stała się restauracją hotelową w starym rozumieniu tego słowa. Nie mówi się o niej jako o miejscu, do którego idzie się specjalnie na kolację. Nie mówi się: przyjeżdżam do Łodzi i chcę zjeść w Malinowej. A tak dzieje się w innych miastach z restauracjami w dobrych hotelach.
W Krakowie ludzie chodzą do restauracji w hotelu Pod Różą nie dlatego, że tam mieszkają, tylko dlatego, że chcą zjeść kolację. Podobnie w Gdańsku czy w Warszawie – w tej ostatniej Hotel Warszawa (należący do tych samych właścicieli co Grand Hotel) ma nawet dwie uznane restauracje – Warszawską i Szóstkę. To są miejsca, do których po prostu się chodzi. Malinowa niestety na razie do tego poziomu nie dorosła.
Może potrzebuje czasu?
Nie wiem, czy to jest wystarczający argument. W wielu innych miejscach zachwyt pojawiał się od samego początku. Ja mam wrażenie, że Malinowa otworzyła się zupełnie bez echa. Śledzę takie historie uważnie i właściwie nie doszukałem się żadnego mocnego tekstu, żadnej wyraźnej opowieści o tym, że otworzyła się restauracja Malinowa i co można tam zjeść.
To przeszło bez znaczenia. Można odnieść wrażenie, że nikomu nie zależało na promocji tej restauracji. Nie mówię, że to jest zadanie twoje czy moje. Chodzi o to, że jakby samemu hotelowi nie zależało, by zrobić wokół niej wydarzenie.
Nie udało się też zatrudnić szefa kuchni o nazwisku, które przyciągałoby uwagę. Docierały do mnie informacje, że proponowane zarobki były nieproporcjonalnie niskie wobec oczekiwań lepszych szefów kuchni. Słyszałem też uwagi dotyczące karty win i serwisu. Że to jest boleśnie podstawowy poziom jak na pięciogwiazdkowy hotel. Niewspółmierny do oczekiwań, jakie można mieć wobec takiego miejsca.
Ja naprawdę liczyłem na Malinową. Byłem jednym z tych, którzy w ostatni weekend działalności starego Grand Hotelu przyjechali do Łodzi, żeby tam zanocować. To był super klimat — z tym smrodem linoleum, z całym schyłkowym urokiem tego miejsca. Miałem ambitny plan, żeby zanocować również zaraz po otwarciu hotelu po remoncie. Ale Grand otworzył się najpierw bez Malinowej, bo restauracja była jeszcze wykańczana.
Można powiedzieć, że to utrudniało start. Ale ja bym ten argument odwrócił. Skoro hotel otworzył się wcześniej, a restauracja później, tym bardziej można było zrobić wokół jej otwarcia osobne wydarzenie. A nic się nie wydarzyło. To mnie rozczarowuje.

Drugie rozczarowanie to PURO?
Tak. PURO jest siecią wyjątkową. Niektórzy mówią, że jedną z najbardziej ambitnych i indywidualnych sieci hotelowych w Polsce. Każdy hotel wygląda inaczej, każdy ma dostać inny charakter — zarówno od strony bryły, budynku i wnętrz, jak i od strony restauracji.
W jednych miastach stawia się na kuchnię polską, w innych na włoską, jeszcze gdzie indziej na inspiracje skandynawskie. W Łodzi szczerze mówiąc nie mam dziś pojęcia jakie jest przesłanie działającej tam restauracji, nie do końca rozumiem nawet jaka miała być koncepcja. Na początku to miała być chyba kuchnia inspirowana Azją. Ale wyszło średnio i bardzo szybko zaczęto to zmieniać. Mam wrażenie, że już kilka miesięcy po otwarciu, bo kompletnie nie wzbudziło to zainteresowania.
W wielu miastach mówi się: chodźmy do PURO, nawet jeśli to ma być tylko drink, lunch, spotkanie. Krakowskie Puro na Kazimierzu to doskonałe miejsce na „biforek”, warszawskie pochwalić się może Loretą czyli cocktail barem z tarasem na najwyższym piętrze budynku, restauracja Tygle w Puro Gdańsk gdzie menu inspirowane jest regionem Pomorza doczekała się w tym roku rekomendacji w przewodniku Michelin. W kraju o jedzeniu w łódzkim PURO nie mówi się w ogóle.
I to znowu można połączyć z pewnym problemem łódzkiego zarządzania. PURO w Łodzi ma przecież świetnie zaaranżowaną salę kinową. W mieście, które ma taką historię i współczesność związaną z kinem, Szkołą Filmową i produkcją filmową, to powinien być atut. A ta sala praktycznie zniknęła.
Kiedy opowiadam ludziom, że PURO w Łodzi ma salę kinową i że można by tam robić świetne rzeczy, ludzie otwierają szeroko oczy. Nie wiedzą nawet, że coś takiego istnieje.
Nie wiem, czy to jest kwestia DNA miasta, czy zarządzania, czy braku potrzeby, żeby się do tego przykładać. Ale coś tu ewidentnie nie działa.
„Łódź stała się modnym citybreakiem, ale gastronomia za tym nie nadąża”
Zastanawiam się, czy nie jesteśmy trochę zamkniętym, hermetycznym miastem. We Wrocławiu, Poznaniu czy Warszawie cały czas pojawiają się nowi ludzie, nowi inwestorzy, nowa konkurencja. A Łódź może jest zbyt samozadowolona?
To byłaby fatalna informacja dla Łodzi, gdyby naprawdę panowało tu samozadowolenie. Bo nie wiem, z czego można miałoby to wynikać. To nie jest sytuacja, w której Łódź dynamicznie rośnie demograficznie i gospodarczo. Z tego, co pamiętam, mieszkańców cały czas ubywa.
Łódź nie jest tak dużym i silnym miastem, żeby mogła sobie pozwolić na życie samozadowoleniem.
Z drugiej strony trzeba uczciwie powiedzieć, że turystycznie Łódź stała się zauważalna. Dużo ludzi przyjeżdża na weekend. Mówi się o modzie na Łódź jako citybreak. Rozmawiałem z właścicielami hoteli i rzeczywiście widać, że powstał trend weekendowych przyjazdów.
I właśnie dlatego pytanie brzmi: dlaczego to nie przekłada się na fajne restauracje, ciekawe koncepty, mocniejsze miejsca?
Nie wiem, czy potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Gość weekendowy na pewno takich miejsc poszukuje. I tutaj odpada argument, że statystyczny mieszkaniec Łodzi jest biedniejszy niż w innych częściach kraju, więc może nie szuka kuchni lepszej jakości. Bo jeśli Łódź stała się ciekawym citybreakiem dla turystów z Polski i z zagranicy, to ten gość przyjeżdża i chce dobrze zjeść, chce wypić wino, chce wywieźć wspomnienia także z tej części pobytu bo jest to naturalne dla odwiedzin w każdym miejscu.
Być może dopóki nikt nie zaproponuje czegoś lepszego i odważniejszego, to wszystko będzie błędnym kołem. Regularnie słyszę od znajomych z innych miast, ludzi spotykanych na festiwalach i degustacjach, że odwiedzili Łódź i byli naprawdę pod wrażeniem tego, jak zmieniło się centrum. Że można intensywnie spędzić czas między piątkiem a niedzielą, zobaczyć EC1, Manufakturę, Piotrkowską, OFF, kilka innych miejsc. To robi wrażenie.
Oczywiście złośliwie dodaję czasami, że zaletą weekendowej Łodzi jest też to, że turyści nie muszą korzystać z komunikacji zbiorowej, która moim zdaniem należy do najgorszych w Polsce.
Ale wracając do gastronomii: za każdym razem pojawia się naturalne pytanie — gdzie tu pójść na wino? Gdzie pójść na dobre jedzenie? Gdzie jest miejsce z fajną kartą win? I tu zaczynają się problemy.
Ja oczywiście obracam się w bańce ludzi zainteresowanych winem i gastronomią, ale dla gości z zagranicy to jest zupełnie naturalne pytanie. Oni zawsze pytają o dobry wine bar, fajną knajpę, miejsce z dobrą kartą win. W Łodzi odpowiedź nie jest prosta.
I jeszcze raz wrócę do Affogato. Ono już prawie dziesięć lat temu było w stanie wyjść z odważną propozycją. Mówiono wtedy, że to się w Łodzi nie utrzyma, że nie ma szans. Gdyby nie pandemia, myślę, że dzisiaj moglibyśmy mówić o Affogato jako o potencjalnym kandydacie do naprawdę poważnego wyróżnienia. Kto wie, może nawet w przyszłości do gwiazdki, gdyby restauracja działała nieprzerwanie od 2017 roku i rozwijała się zgodnie z pierwotną koncepcją.
Affogato sprawiło, że ludzie mówili: jedziemy do Łodzi, żeby zjeść w tej restauracji. Często były to wycieczki właśnie po to, żeby zobaczyć to miejsce. Teraz takiego miejsca nie ma.

fot.: archiwum prywatne
„Kwestia pieniędzy nie tłumaczy wszystkiego”
Zbliżając się do końca: kwestia finansowa i zamożność mieszkańców oczywiście są ważne. Ale czy to wszystko tłumaczy? Przecież są mniejsze miasta, 60-, 80-, 100-tysięczne, w których działają restauracje na bardzo wysokim poziomie. A łodzianie też nie są grupą, którą stać wyłącznie na McDonalda.
Sami wpadamy w tę kalkę, bo interesujemy się Łodzią, żyjemy w Łodzi i próbujemy znaleźć powód. Zastanawiamy się, czy może problemem jest zamożność mieszkańców. Ale w tej rozmowie sam ten argument właściwie skasowałem. To nie może być jedyne wyjaśnienie.
Musi istnieć jakiś brak świadomości tego, jak ważna jest gastronomia jako element miasta. I jakaś dziwaczna, absurdalna dla mnie niechęć do zajęcia się tym tematem.
Bo przecież tak, w Zielonej Górze są świetne miejsca. W Gliwicach są świetne miejsca. Podejrzewam, że w Olsztynie czy Kaliszu też. To są miasta w tygodniu często senne, a w weekendy nawet nie dorównują Łodzi pod względem zainteresowania turystycznego. A mimo to gastronomicznie dzieje się tam czasami więcej.
Jeżeli wyjmiemy z porównania Warszawę, bo to osobna liga, i nawet jeśli wyjmiemy Kraków, to zostają Poznań, Wrocław i Trójmiasto. To są miasta, które gastronomicznie odjechały nam w tempie Pendolino. I nie jesteśmy w stanie ich dogonić w perspektywie dekady. A może nawet dwóch dekad. Jeśli w ogóle kiedykolwiek.
Na razie Łódź powinna się bić o to, żeby w ogóle mocniej zaistnieć gastronomicznie. Tym bardziej że Michelin jest teraz w Polsce na stałe i co roku będzie oceniał restauracje także w Łodzi. A ja, przynajmniej na dziś, nie widzę wielu kandydatów do tego, żeby w łódzkich rekomendacjach szybko coś istotnego się zmieniło.
Weź udział w dyskusji!
Masz opinię, dodatkowy kontekst albo chcesz podzielić się własnym doświadczeniem? Zostaw komentarz pod artykułem.