W regionie łódzkim rynek na razie przede wszystkim przygląda się sytuacji. Firmy, instytucje i przedsiębiorcy obserwują, jak rozwija się kryzys na światowych rynkach energii, bo globalne wydarzenia mogą szybko przełożyć się na koszty działalności także w naszym regionie. Piotr Wasiak z łódzkiego MPK mówi, że spółka nie podejmuje jeszcze żadnych decyzji, ale uważnie obserwuje rozwój wydarzeń.
– Na razie przyglądamy się sytuacji na rynku paliw i obserwujemy, co będzie się działo na światowych rynkach. Na tym etapie nie podejmujemy żadnych decyzji – mówi Piotr Wasiak z MPK Łódź.
Na wielu stacjach w Łodzi i regionie ceny paliw zaczęły gwałtownie rosnąć. Kierowcy widzą już benzynę powyżej 6 zł, a olej napędowy na części stacji przekracza 7 zł za litr. Dla przedsiębiorców – szczególnie w transporcie, logistyce czy budownictwie – oznacza to kolejną falę kosztów, która może szybko przełożyć się na ceny usług i towarów.
To jednak dopiero początek reakcji rynku. Najnowsze wydarzenia na świecie pokazują, że sytuacja może być jeszcze bardziej nerwowa.
Ropa wystrzeliła. Najwyższe ceny od 2022 roku
Ceny ropy na światowych rynkach gwałtownie wzrosły po eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie i obawach o bezpieczeństwo transportu surowca przez Cieśninę Ormuz – jeden z najważniejszych szlaków energetycznych świata. Przez ten wąski przesmyk przepływa około 20 proc. globalnego handlu ropą i gazem.
W poniedziałek baryłka ropy Brent w szczytowym momencie zbliżyła się do poziomu około 119–120 dolarów. To najwyższe poziomy od 2022 roku. Rynki energii reagują bardzo nerwowo, ponieważ nawet częściowe zakłócenie transportu przez Ormuz natychmiast wpływa na ceny paliw na całym świecie.
Mechanizm jest prosty – gdy rośnie cena ropy na rynku globalnym, kilka dni później wzrost zaczyna być widoczny także na stacjach paliw w Europie i w Polsce.
Arabia Saudyjska przekierowuje część eksportu ropy
Jednocześnie pojawiły się informacje, które mogą częściowo uspokoić rynki. Koncern Saudi Aramco zaczął przekierowywać część eksportu ropy na porty nad Morzem Czerwonym, aby ograniczyć zależność od transportu przez Cieśninę Ormuz.
W praktyce oznacza to wykorzystanie rurociągu East–West Pipeline, który transportuje ropę z pól naftowych na wschodzie Arabii Saudyjskiej do portu Yanbu nad Morzem Czerwonym. Jego przepustowość sięga około 5 mln baryłek dziennie.
Podobne rozwiązanie stosują także Zjednoczone Emiraty Arabskie. Rurociąg prowadzący do portu Fujairah nad Zatoką Omańską pozwala eksportować ropę z pominięciem zagrożonej cieśniny.
Analitycy rynku energii podkreślają jednak, że alternatywne rurociągi mają ograniczoną przepustowość i nie są w stanie zastąpić całego transportu ropy przez Ormuz. Dlatego nawet częściowe zakłócenia w tym regionie natychmiast powodują wzrost cen surowca.
Jednocześnie w analizach rynku pojawia się ostrożna nadzieja na stabilizację cen. Jak zwraca uwagę agencja Reuters, przekierowanie części transportu ropy na alternatywne rurociągi oraz ewentualne działania państw produkujących surowiec mogą z czasem ograniczyć presję na wzrost cen. Analitycy podkreślają jednak, że wszystko zależy od dalszego rozwoju sytuacji geopolitycznej w regionie Zatoki Perskiej i bezpieczeństwa transportu przez Cieśninę Ormuz.
G7 szuka sposobu na uspokojenie rynku
W odpowiedzi na gwałtowne wzrosty cen surowca ministrowie finansów państw G7 rozpoczęli rozmowy dotyczące ewentualnego uwolnienia części strategicznych rezerw ropy. Takie działanie mogłoby chwilowo zwiększyć podaż surowca na rynku i ograniczyć tempo wzrostu cen.
Eksperci podkreślają jednak, że nawet duża interwencja może mieć jedynie krótkotrwały efekt. Kluczowe będzie to, jak długo potrwa destabilizacja regionu Zatoki Perskiej i czy transport ropy wróci do normalnego poziomu.
Rząd analizuje możliwe działania
Rosnące ceny paliw stały się również jednym z ważniejszych tematów gospodarczych w Polsce. Minister finansów Andrzej Domański poinformował, że rząd analizuje różne scenariusze reagowania na sytuację na rynku.
Jak podkreślił, zmienność na rynku ropy jest obecnie bardzo duża, dlatego rząd pozostaje w kontakcie zarówno z resortem energii, jak i z największymi firmami paliwowymi w kraju. Na razie nie zapadły konkretne decyzje, ale nie wyklucza się działań stabilizujących ceny, jeśli wzrosty okażą się długotrwałe.
W dyskusji publicznej pojawiają się również pomysły czasowego obniżenia podatków na paliwa, jednak na tym etapie są to jedynie propozycje.
Łódzki rynek na razie obserwuje sytuację
Szczególnie trudna sytuacja dotyczy branży transportowej. Firmy przewozowe nie zawsze mogą reagować na zmiany cen paliwa natychmiast.
Jak wyjaśnia Marek Zieliński z łódzkiej firmy transportowej Best Mar, w wielu kontraktach transportowych stosuje się mechanizm rozliczeń oparty na indeksie cen paliw publikowanym przez serwis e‑petrol.
– W branży transportowej bardzo często korzysta się z indeksów e‑petrol, które aktualizowane są raz w tygodniu, zwykle w środę. Oznacza to, że gwałtowne zmiany cen paliwa w ciągu tygodnia nie są od razu uwzględniane w stawkach transportowych – mówi Marek Zieliński z firmy Best Mar.
W praktyce oznacza to, że przewoźnicy reagują na zmiany cen z kilkudniowym opóźnieniem. Jeśli paliwo drożeje nagle – tak jak obecnie – firmy przez kilka dni realizują zlecenia według wcześniejszych stawek.
– W tej chwili wielu przewoźników jeździ poniżej realnych kosztów, bo ceny transportu nie nadążają za tym, co dzieje się na rynku paliw. Dopiero w środę, kiedy aktualizowane są indeksy, stawki są korygowane – dodaje Zieliński.
To oznacza, że skutki obecnych podwyżek mogą być widoczne w branży transportowej dopiero w najbliższych dniach, kiedy firmy zaczną aktualizować swoje cenniki.
Ile zapłacimy za paliwo
Analitycy rynku paliw przewidują, że w najbliższych dniach ceny na stacjach mogą jeszcze wzrosnąć.
Prognozy mówią o poziomach:
- benzyna Pb95: około 6,50–7,00 zł za litr
- olej napędowy: nawet 7,50–8,50 zł za litr
Diesel może drożeć szybciej niż benzyna, ponieważ to paliwo jest szczególnie wrażliwe na zakłócenia w dostawach i transport surowców.
Na razie przedsiębiorcy i kierowcy zadają sobie jedno pytanie: czy to chwilowa reakcja rynku, czy początek kolejnej fali drożyzny, która znów uderzy w gospodarkę.
Komentarze