Biznes i gospodarka w regionie łódzkim
Zielone osiedle z PRL-u - nowa perspektywa na architekturę lat 70-tych. Marcin Wojdak z Cosmoderna podkreśla, jak współczesne budownictwo zmienia nasze spojrzenie na wielką płytę, ukazując walory zapomnianych przestrzeni. Zdjęcie przedstawia charakterystyczne PRL-owskie blokowisko otoczone zielenią, symbolizujące powrót do dawnych wartości urbanistycznych.
fot.: Marcin Wojdak

PRL-owskie osiedla wracają do łask? Marcin Wojdak (Cosmoderna): Dopiero współczesne budownictwo pozwala nam docenić to, co było

Przez lata wielka płyta była symbolem szarości, ciasnych mieszkań i architektonicznej monotonii. Dziś coraz częściej patrzymy na PRL-owskie osiedla inaczej: dostrzegamy zieleń, przestrzeń między budynkami, szkoły i przedszkola projektowane razem z osiedlem, pawilony handlowe, rzeźby i komunikację publiczną. O tym, dlaczego stare blokowiska zaczynają się bronić właśnie teraz, rozmawiamy z Marcinem Wojdakiem, twórcą Cosmoderny.

Marcin Wojdak to fotograf, pisarz i twórca Cosmoderny – jednego z najbardziej rozpoznawalnych w polskich mediach społecznościowych projektów poświęconych powojennemu modernizmowi i materialnym śladom PRL. Na Instagramie od lat dokumentuje miejsca, które znikają z polskiego krajobrazu: dawne ośrodki wczasowe, sanatoria, pawilony, domy kultury, hotele, osiedla i wnętrza, które często przetrwały niemal bez zmian od lat 60. i 70. Jego fotografie nie są jednak tylko archiwum architektury. Towarzyszą im krótkie teksty i miniopowiadania, dzięki którym Cosmoderna stała się czymś więcej niż profilem o budynkach – to opowieść o pamięci, codzienności i estetyce epoki, która właśnie znika.

fot.: Marcin Wojdak - Cosmoderna

Popularność Cosmoderny wykracza poza Instagram. Profil śledziły już w 2025 roku dziesiątki tysięcy osób, a sam Wojdak stał się rozpoznawalnym komentatorem architektury i krajobrazu PRL. Jego materiały trafiają do mediów, książek i projektów dokumentalnych, a on sam od lat podróżuje po Polsce i krajach byłego ZSRR, szukając miejsc, w których wciąż zachował się charakter drugiej połowy XX wieku.

fot.: Marcin Wojdak - Cosmoderna

Jest autorem dwóch książek wydanych przez Znak: „Ostatni turnus. Pocztówki z wczasów w PRL-u” oraz „Goodbye Gierek”. Pierwsza wyrasta bezpośrednio z jego wieloletniej dokumentacji ośrodków wypoczynkowych, druga poszerza tę perspektywę o szerszy krajobraz późnego PRL i jego materialne pozostałości. Wojdak pojawia się także w filmach i projektach poświęconych modernizmowi, m.in. jako jeden z bohaterów dokumentu o Jaszowcu.

KNews.pl: Zainspirował mnie trochę pobyt w Arche Nałęczowie. Zaczęliśmy tam rozmawiać z moją partnerką o PRL-u, o osiedlach, które wtedy budowano. Co myślisz dziś o tych osiedlach i o tym, jak planowano wówczas życie ludzi? PRL, przynajmniej dla części pokoleń, kojarzył się przez lata z czymś złym, niedobrym, niefajnym. Mam wrażenie, że powoli zaczyna się to zmieniać.

Marcin Wojdak: Myślę, że jesteśmy w ciekawym momencie, żeby bardziej łaskawym okiem spojrzeć na ówczesną architekturę. Ludzie, którzy zaczynali mieszkać w blokach z wielkiej płyty na osiedlach w latach 60. i 70., prawdopodobnie mogliby powiedzieć o nich najwięcej dobrego. Najczęściej przeprowadzali się do tych bloków z lokali o dużo niższym standardzie.

Częściej byli to robotnicy, którzy przenosili się z jakiejś izby albo z mieszkania bez wygód w marnej oficynie, niż inteligencja przenoszona z pałacu, willi czy dużego mieszkania w kamienicy. To oczywiście również pewne uproszczenie, ale najczęściej ta przeprowadzka wiązała się jednak z awansem społecznym i na pewno z większymi wygodami.

Ci ludzie zapewne, gdyby mieli o tym mówić, wspominaliby te osiedla pozytywnie. Natomiast ja, jako człowiek urodzony w latach 80., kiedy zacząłem się z osiedlami z wielkiej płyty zaznajamiać jako mieszkające tam dziecko, odbierałem je już zupełnie inaczej. Po pierwsze jako pewien standard, bo nie pamiętałem wcześniejszych, gorszych warunków mieszkaniowych. Po drugie, nawet w latach 90. te osiedla były już często w mocno zużytym stanie. Przez kolejne dekady również patrzyliśmy na tę architekturę z perspektywy zużytych budynków.

KNews.pl: Remonty na większą skalę zaczęły się chyba dopiero gdzieś w latach dwutysięcznych.

Marcin Wojdak: Powiedziałbym, że w latach dwutysięcznych z małym hakiem. Zaczęło się między innymi docieplanie, co możemy uznać za rzecz pozytywną. Ale gdy odnawiano klatki czy elewacje, często robiono to w taki sposób, że każda wyglądała inaczej. Nie tworzyło to spójnej wartości.

Do tego rosła liczba samochodów, więc osiedla zaczęły się kojarzyć także z pewnego rodzaju nieporządkiem. Przez bardzo długi czas, właściwie przez całe moje świadome życie, nie słyszałem zbyt wielu pozytywnych opinii o tych osiedlach. Właśnie dlatego, że kojarzyły się ze zużytym standardem, pstrokacizną i zaniedbaniem.

Nowych budynków nie było jeszcze wtedy tak dużo. Jeżeli już powstawały nowe bloki, to były to często nieduże, dwu- czy trzypiętrowe budynki. Powstawały niewielkie osiedla składające się z dwóch czy trzech bloków, gdzieś na odległym Janowie, Olechowie albo w innych miejscach.

KNews.pl: Takie enklawy.

Marcin Wojdak: Tak, takie enklawy. Ewentualnie plomby pojawiające się w pierzejach zabudowy. Oferowały coś nowszego: nowy typ garażu albo po prostu były nowe i już przez sam ten fakt odbierano je jako coś wartego uwagi i ciekawszego.

fot.: Fotopolska — Teofilów lata 80-te

Dlaczego zaczynamy doceniać osiedla z PRL

Dopiero teraz, wraz z masowym współczesnym budownictwem, zaczynamy widzieć urbanistyczną bylejakość części nowej zabudowy. I mam wrażenie, że właśnie teraz, widząc małe, średnio zaprojektowane mieszkania, nagromadzenie metrażu i bloków na niewielkiej działce, zaczynamy doceniać PRL-owskie osiedla.

To jest według mnie moment, w którym nieprzypadkowo możemy o tym rozmawiać właśnie teraz, a nie dziesięć lat temu. Współczesność jest już w wielu przypadkach na tyle słaba i rozczarowująca pod względem budownictwa mieszkaniowego, że zaczynamy doceniać to, co było wcześniej.

Prawdopodobnie głównym elementem, który o tym decydował, było to, że PRL-owskie blokowiska powstawały w taki sposób, że fundamentem decyzji o ich budowie i o tym, jak mają wyglądać, z jednej strony była odpowiedź na zapotrzebowanie mieszkaniowe, zwiększającą się dzietność i boom demograficzny. Oczywiście znaczenie miały również finanse, czyli to, na ile system było stać. Ale podstawowym kryterium nie był zysk.

Dzisiaj zysk jest głównym motorem budowy. Chodzi o maksymalną rentowność dla dewelopera z działki i z budynku. Humanistyczne wartości schodzą w takiej sytuacji na dalszy plan. Dopóki na polskim rynku jest tak silne zapotrzebowanie na nowe mieszkania i popyt przewyższa podaż, zysk będzie pozostawał jednym z najważniejszych kryteriów podczas budowy.

I właśnie teraz rozwarstwienie pomiędzy tym, jak powstawały osiedla kiedyś, a jak powstają obecnie, jest według mnie największe, bo skrajnie różne są wartości stojące u podstaw ich powstawania.

KNews.pl: Trochę przypomina mi to początki Łodzi, kiedy zapotrzebowanie na mieszkania było tak duże, że właściwie cokolwiek zbudowano, znajdowało nabywcę. Dziś też wciąż jesteśmy w czasach, kiedy te mieszkania się sprzedają. Ale jest jeszcze kwestia skali ówczesnego budownictwa. Mówimy przecież o osiedlach liczonych w dziesiątkach tysięcy mieszkańców – Retkinia, Widzew. To było możliwe również dlatego, że istniał właściwie jeden właściciel, państwo, działający poprzez swoje przedsiębiorstwa. Decyzyjność była skupiona w jednym miejscu.

Marcin Wojdak: Tak, ale oczywiście nie chcę popadać w skrajność i twierdzić, że wtedy wszystko było najlepsze. Operujemy na pewnym poziomie uogólnienia. Można jednak powiedzieć, że podczas planowania tych osiedli role odpowiednich wykonawców w ramach projektu były sensownie rozdzielone. Był architekt, urbanista czy urbanistka, wykonawcy. Mam wrażenie, że na poziomie projektu zarówno architektonicznego, jak i urbanistycznego wszystko się tam zgadzało.

Poziom wykonawczy mógł później być gorszy. Mogły być problemy z jakością materiałów. Ale jeżeli chodzi o sam projekt jako taki, to uważam, że on do dzisiaj się broni. Oczywiście trzeba uwzględnić to, że rzeczywistość była inna. Samochodów było zdecydowanie mniej, zmieniła się funkcjonalność mieszkań i kilka innych rzeczy. Ale co do zasady skoncentrowanie władzy w jednym miejscu w tym przypadku zadziałało.

Tylko trzeba pamiętać, że samo skoncentrowanie władzy nie wystarcza. Gdyby dzisiaj również była ona skoncentrowana w jednym ręku, ale najważniejszym czynnikiem pozostawałby zysk, efekt wcale nie musiałby być taki sam.

KNews.pl: Co w takim razie twoim zdaniem było w tych osiedlach dobrze pomyślane? Chodzi chyba przede wszystkim o ich funkcjonalność.

fot.: Fotopolska — Teofilów 1973 - 1975.

Szkoła, przedszkole, przychodnia. Osiedle miało działać jako całość

Marcin Wojdak: Warto na blokowiska patrzeć z kilku perspektyw. Pierwsza to perspektywa pieszego. Ona jest dzisiaj trochę zaburzona, bo po pierwsze w wielu miejscach powstawały plomby, po drugie mamy parkingi i rozlewające się samochody. To jest po prostu problem, którego nie dało się łatwo rozwiązać. Bywa również, że niektóre bloki są poodgradzane, kiedy powstają wspólnoty mieszkaniowe, więc swobodny przepływ przez osiedle bywa zaburzony.

Ale warto spojrzeć na blokowiska z perspektywy mapy i zdjęć satelitarnych. Myślę, że nawet ktoś niezajmujący się profesjonalnie urbanistyką czy architekturą jest w stanie odnaleźć tam pewien zamysł. Punkty handlowe lokalizowano na przykład przy skrzyżowaniach, w charakterystycznych miejscach, niedaleko przystanków tramwajowych czy autobusowych. Te wszystkie pawilony handlowe miały często dosyć podobne projekty i były lokalizowane właśnie w takich miejscach.

Przedszkola natomiast znajdowały się raczej w głębi osiedla, co było naturalnym wyborem. Miały funkcjonować w bezpieczniejszym otoczeniu, dalej od ulicy, hałasu i ruchu. Podobnie szkoły. Niejednokrotnie były to szkoły podstawowe, w tym słynne tysiąclatki. Sam ich projekt często był ciekawy: dużo przeszkleń, większa przestrzeń. Do tego dochodziły boiska szkolne. Szkoły często stały przy zieleńcach czy parkach.

KNews.pl: I słynne górki.

Marcin Wojdak: Dokładnie. I będąc na osiedlu w Łodzi, a później przenosząc się do Krakowa czy gdzieś indziej, widać, że ten zamysł był powielany. Był wspólny schemat. Zmieniały się czasami elewacje bloków, bo jedna fabryka domów produkowała jednego rodzaju prefabrykaty, inna trochę inne, ale co do zasady człowiek przeprowadzający się z jednego osiedla na drugie mógł się tam od razu zaadaptować. Wiedział, gdzie mniej więcej będzie szkoła, przedszkole czy inne potrzebne funkcje.

KNews.pl: Czyli szkoła, przedszkole, przychodnia.

Marcin Wojdak: Przychodnia, biblioteka.

KNews.pl: Właśnie, biblioteka.

fot.: Materiały archiwalne — Pawilony przy Broniewskiego

Rzeźby, pawilony i architektura, która miała być nowoczesna

Marcin Wojdak: Dla mnie, między innymi dlatego, że wychowywałem się na takim osiedlu, bo w kamienicy mieszkałem krótko, oczywiste było również to, że w przestrzeniach publicznych – na skwerkach czy niedaleko pawilonów handlowych – znajdowały się rzeźby.

KNews.pl: Właśnie o tym też chciałem powiedzieć. Często abstrakcyjne, ale nieraz naprawdę dobre, wykonywane przez znanych artystów.

Marcin Wojdak: Tak. Były to na przykład rzeźby pozostałe po jakimś biennale i innych wydarzeniach.

KNews.pl: Często się zastanawiałem, jak to się działo, że system, który przedstawiamy przecież jako dość siermiężny, jednocześnie przywiązywał taką wagę do kultury.

Marcin Wojdak: Ta kultura była oczywiście w pewnym stopniu koncesjonowana. Była cenzurowana. Ale rzeźba czy dom kultury były przewidzianymi elementami funkcjonowania osiedla.

KNews.pl: I tu dochodzimy do współczesności. Z jednej strony mamy budownictwo, które bywa maksymalnie upchane po to, żeby osiągnąć jak najlepszy wynik sprzedażowy. Gdzie w tym wszystkim jest rola samorządu? Niezależnie od tego, czy mówimy o Łodzi, Krakowie, Wrocławiu czy innym mieście. Czy w ogóle istnieje jeszcze przestrzeń na myślenie o mieście jako całości?

Marcin Wojdak: Mam tutaj jedną uwagę. Jeśli dobrze pamiętam – i to trzeba zweryfikować – za jednych z pierwszych rządów w XXI wieku zostały zniesione dotychczasowe plany zagospodarowania. Czyli wcześniejsze ustalenia dotyczące tego, co i gdzie ma powstawać, zostały w znacznej części wyzerowane. Później rozpoczęła się era warunków zabudowy. Zostało to w pewnym sensie rozregulowane.

Brak wizji spójnego rozwoju miast spowodował, że zaczęła się swego rodzaju wolna amerykanka. Nie wiem, czy krył się za tym jakiś masterplan, czy po prostu było to nieprzemyślane i zostało zepsute. Być może ktoś miał dobre intencje i pomyślał, że nie ma sensu tkwić w rozwiązaniach pochodzących z poprzedniego ustroju i trzeba zorganizować system na nowo.

Efekt jest taki, że miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego w Polsce wciąż jest stosunkowo niewiele. Nie pamiętam teraz dokładnie, które miasta mają pokrycie przekraczające 50 procent. Teraz wchodzą plany ogólne, więc sytuacja znowu się zmienia. Ale mogłoby się okazać, że gdybyśmy mieli plany zagospodarowania, pozostał pewien wzorzec i zachowano bardziej rygorystyczne reguły dotyczące chociażby odległości między budynkami, to można byłoby unowocześnić PRL-owski zamysł, dostosować go do współczesności i mogłoby to dobrze działać.

Nastąpiła jednak pewnego rodzaju totalna deregulacja i rozpoczął się chaos, z którym mamy do czynienia dzisiaj. O współczesnym budownictwie zresztą mnóstwo ludzi już opowiada.

fot.: Knew.pl — Grzybek na Retkini

KNews.pl: Chciałbym jeszcze wrócić do elementów, które w tamtych osiedlach odgrywały dużą rolę. Mówiliśmy o rzeźbach. Są jeszcze dzieła artystów, mozaiki. Czy na łódzkich osiedlach odnajdujesz pod tym względem coś szczególnie ciekawego?

Marcin Wojdak: Z racji sentymentu lubię chodzić po osiedlach. Może już nie robię tego tak często, ale raz na jakiś czas lubię się po prostu przewietrzyć. Zawsze ceniłem sobie w tych miejscach dużą przestrzeń spacerową. Można było przejść długi dystans bez konieczności ciągłego użerania się z samochodami czy dużym ruchem. To było dla mnie bardzo interesujące.

Niedawno miałem podobne doświadczenie w Krakowie, na Bieńczycach. Idąc przez osiedle, minąłem po drodze trzy szkoły i przedszkola, a cały czas poruszałem się właściwie wewnątrz jednej przestrzeni. Gdyby coś takiego powstawało współcześnie, prawdopodobnie byłoby wielkim ogrodzonym osiedlem o powierzchni, powiedzmy, ośmiu hektarów.

Obserwując dziś stare osiedla, gdzie zdążyły już wyrosnąć drzewa, warto też pamiętać, jak wyglądały tuż po powstaniu. Nawet w „Alternatywach 4” widzimy, że osiedla z wielkiej płyty od początku nie były jakimiś idealnymi miejscami. Nie było drzew, było błoto, ciągnąca się budowa, niedoróbki. Ale dzisiaj podoba mi się to, że spacerując po nich, mogę się cały czas czymś zaskakiwać. Trafić na rzeźbę, ciekawą przestrzeń, dobrze zachowaną szkołę czy bibliotekę.

Zawsze lubiłem osiedle w okolicach Parku nad Jasieniem. Jest tam nieduże blokowisko z czteropiętrowymi blokami. Zaraz obok przebiegała linia kolejowa i kiedy sobie przypomnę, że tuż obok osiedla normalnie kursowały pociągi towarowe, to również wydaje mi się to dzisiaj czymś niesamowitym.

Niedawno miałem też odkrycie związane z Zarzewem i Dąbrową, okolicami Przybyszewskiego i Tatrzańskiej. Kiedyś tam mieszkałem. Stała tam rzeźba „Synogarlice” Michała Gałkiewicza, wykonana w 1974 roku. Dopiero po latach dowiedziałem się też, że blok, przed którym stała, był kiedyś domem seniora. Z zewnątrz wyglądał jak zwyczajny blok, ale wewnątrz mieścił osobne pokoje czy mieszkania przeznaczone dla seniorów.

Kiedy wchodzi się na klatkę schodową, widać, że ten budynek jest inny. Na półpiętrach i piętrach ma przestrzenie wspólne. Skoro mieszkali tam najczęściej samotni seniorzy, miały one służyć integracji.

KNews.pl: U mojej mamy jest chyba właśnie taki budynek. Teraz sobie to uświadamiam.

Marcin Wojdak: Tak?

KNews.pl: Na Dąbrowie.

Marcin Wojdak: No właśnie, na Dąbrowie. To może być dokładnie ten budynek. Nawet tak myślę, że fajnie byłoby zrobić jego zdjęcie.

fot.: Michał Gałkiewicz — „Synogarlice”, Zarzew

KNews.pl: A jeżeli chodzi o same budynki? Obiekty z lat 50. czy 60. często mają sporo ciekawych detali. A na tych późniejszych osiedlach znajdujesz coś interesującego, czy to była już po prostu sztampa – płyty, prefabrykaty? Czy są tam ciekawe domy kultury, pawilony, inne obiekty?

Marcin Wojdak: Najsłynniejszy w Łodzi jest zdecydowanie Kapelusz Pana Anatola. To pawilon handlowy o okrągłym kształcie, z bardzo ciekawym, lekkim betonowym dachem i dużymi przeszkleniami. Dzisiaj jest niestety w słabym stanie. Każdy z punktów handlowych, które się tam znajdują, zagospodarował swój boks na własną modłę. Trzeba mieć sporą wrażliwość i trochę wyobraźni, żeby zobaczyć i docenić pierwotny koncept.

Na Dąbrowie również są ciekawe pawilony, między innymi w rejonie dużego kościoła, przy parafii św. Maksymiliana Marii Kolbego. Mają charakterystyczne kaskadowe ułożenie. I właśnie mimo tego, że same bloki bywają powtarzalne – choć gdy ktoś zwraca uwagę na szczegóły, takie jak balustrady czy format okien, może rozpoznać, czy znajduje się na Teofilowie, czy na Widzewie – największymi wyróżnikami i najciekawszymi obiektami bywają pawilony handlowe.

Często projektowano je jako pojedyncze egzemplarze. Tak jak obok szpitala Kopernika znajduje się Kapelusz Pana Anatola, który jest bardzo interesujący i właściwie jedyny w swoim rodzaju, tak na Retkini jest też charakterystyczny cylindryczny pawilon – „Okrąglak”.

KNews.pl: Jak właściwie dochodziło do tego, że projektowano całe, wielkie osiedla z powtarzalnych bloków, a nagle pojawiała się tak ciekawa, indywidualna bryła?

Marcin Wojdak: Wynikało to z idei architektury modernistycznej. Bloki miały przede wszystkim spełniać swoją funkcję i być możliwie efektywnymi budynkami. Powtarzalność mieszkań i elementów miała być na tyle duża, żeby można było te budynki szybko wznosić. Natomiast przestrzenią dla architektów, w której mogli się wykazać, były właśnie takie indywidualne obiekty.

KNews.pl: Czyli istniało na to przyzwolenie?

Marcin Wojdak: Przyzwolenie, ale też chodziło o to, że miała to być architektura nowoczesna. Miała manifestować swoją nowoczesność. I coś podobnego teoretycznie może funkcjonować również we współczesnej architekturze mieszkaniowej. Tyle że deweloperzy nie są już odpowiedzialni za zbudowanie niczego poza budynkiem mieszkalnym. Same budynki mogą być czasami ciekawe, ale nie powstaje razem z nimi cały ten dodatkowy program.

KNews.pl: Funkcja publiczna.

Marcin Wojdak: Funkcja handlowa, publiczna. Oczywiście pojawiają się jakieś ogródki czy place dla dzieci, często traktowane również jako element marketingowy.

fot.: Jerzy Orlicki/fotopolska.eu — Łódź Widzew, 1981

Deweloper buduje blok. Miasto musi zbudować resztę

KNews.pl: Do tego na dawnych osiedlach budowano linie tramwajowe, potężne ciągi komunikacyjne.

Marcin Wojdak: Tak, tylko tutaj również trzeba zawsze aktualizować sobie ówczesne realia. Liczba samochodów była niewielka. Samochód kojarzył się z pewnego rodzaju emanacją indywidualnego sukcesu, a system był nastawiony bardziej na transport zbiorowy.

Ale faktycznie wraz z powstawaniem osiedli trzeba było zapewnić całe zaplecze techniczno-socjalne. Dzisiaj nie ma podobnych wymagań i my jako mieszkańcy często za to płacimy. Jeżeli gdzieś na obrzeżach powstaje osiedle, później po stronie miasta pozostaje dostarczenie tam transportu, wodociągów i całej pozostałej infrastruktury.

Inwestor komercjalizuje swój zysk. To, jak długo mieszkańcy będą czekali na transport albo czy będą mieli szkołę czy przedszkole, jest już pozostawione miastu albo rynkowi. W dawnych osiedlach wszystko było pomyślane znacznie bardziej kompleksowo.

Jakimś współczesnym punktem odniesienia może być Miasteczko Wilanów, bo rzadko powstają dzisiaj tak duże nowe kompleksy mieszkaniowe. Ono jest w miarę zorganizowane, ale znowu – miasto musiało później doprowadzić tam linię tramwajową, która powstała chyba ponad dwadzieścia lat po wybudowaniu pierwszych bloków.

KNews.pl: Łódź jest pod tym względem interesującym przykładem historycznym. Przedsiębiorcy budowali osiedla robotnicze, infrastrukturę, szpitale. Powstała kolej, elektrownia. Kiedy czytałem o początkach miasta przemysłowego, uderzyło mnie, jak niewiele budynków publicznych finansowało państwo rosyjskie. Imperium raczej czerpało z Łodzi dochody, niż w nią inwestowało.

Marcin Wojdak: Tak.

fot.: wikimedia.pl/ Stevenlodz

Czy wielka płyta ma przed sobą drugie życie?

KNews.pl: Ale wracając do samych blokowisk i próbując podsumować tę rozmowę: te budynki będą stały jeszcze długo. Okazało się, że mit o tym, że wielka płyta miała przetrwać tylko kilkadziesiąt lat, był właśnie mitem. Jak myślisz, co będzie się działo z tymi osiedlami? Czy wypełnią je ludzie, którzy będą przyjeżdżać do Łodzi, migranci? Starsze pokolenia będą naturalnie odchodziły. Czy wrócą tam wnuki? Czy ludzie zaczną je na nowo doceniać i kupować tam mieszkania, również ze względu na niższe ceny? Czy czeka nas jakiś renesans tych osiedli, czy raczej będziemy na nie patrzeć z sentymentem i mówić: fajnie to kiedyś zaprojektowano?

Marcin Wojdak: Nie ma tutaj superłatwej odpowiedzi. Na pewno w Niemczech, szczególnie dobrze widać to w Berlinie, ale również w innych miejscach byłego NRD, wiele takich bloków ciekawie wyremontowano, wzbogacono i zwaloryzowano. Dodawano na przykład przeszklone balkony czy inne elementy. Potrafi to wyglądać naprawdę interesująco.

Mimo ciekawej urbanistyki, ludzkiej skali i całego zaplecza użyteczności publicznej pozostają jednak również obiektywne wady. Urządzanie się w mieszkaniu z betonowymi ścianami jest stosunkowo skomplikowane, trudniej też wykonywać większe modyfikacje przestrzeni.

KNews.pl: Dochodzi również kwestia liczby ludzi mieszkających w wieżowcu i pewnej anonimowości, która z tego wynika.

Marcin Wojdak: Tak, ale z drugiej strony taki czteropiętrowy blok ma już większą kameralność. Ma klatkę schodową, która jest przeszklona, doświetlona, a nie tak jak we współczesnych budynkach. Dzisiaj okno stanowi walor, więc lepiej, żeby tam, gdzie jest okno, było mieszkanie, a nie klatka schodowa. W większości nowych bloków po prostu wchodzisz do ciemnej klatki, gdzie jest tylko sztuczne światło.

Natomiast przyszłość tych dawnych bloków będzie chyba zależała przede wszystkim od rynku mieszkaniowego i od tego, jak będzie wyglądała podaż nowych mieszkań. Dzisiaj nowych mieszkań powstaje bardzo dużo. Przy malejącej demografii może się okazać, że jakaś część budynków w Łodzi po prostu nie będzie miała klientów.

KNews.pl: W Niemczech, w miastach, z których wyjechała część mieszkańców i bloki zaczęły stać puste, po prostu je wyburzano. Tak było na przykład w Schwedt.

Marcin Wojdak: Na pewno może zmieniać się hierarchia atrakcyjności różnych typów mieszkań. Myślę, że kilkunastopiętrowe wieżowce mogą mieć przed sobą trudniejszą przyszłość. Mam wrażenie, że nadejdzie ich pewien zmierzch i mogą stać się przede wszystkim rozwiązaniem wybieranym przez ludzi gorzej sytuowanych.

Ale inaczej patrzę na kameralne osiedla czteropiętrowych bloków. Gdyby udało się nimi odpowiednio zarządzać, gdyby miały jednego zarządcę albo gdyby wspólnoty potrafiły się porozumieć i zrekultywować te osiedla możliwie blisko ich pierwotnego sposobu zagospodarowania, z uwzględnieniem współczesnych potrzeb – na przykład parkingu wielopoziomowego gdzieś z boku – to one wciąż mogłyby być ciekawą ofertą.

Oczywiście musiałyby mieć też odpowiednią cenę. Pytanie tylko, czy takie działania w ogóle spinałyby się ekonomicznie.

KNews.pl: Dziękuję za rozmowę.

Miejsce reklamoweTwoja reklama tutajSprawdź ofertę
Społeczność Knews

Weź udział w dyskusji!

Masz opinię, dodatkowy kontekst albo chcesz podzielić się własnym doświadczeniem? Zostaw komentarz pod artykułem.

Podoba Ci się ten artykuł?
0 osób polubiło