Od soboty rynki śledzą wydarzenia na Bliskim Wschodzie. Choć szlaki transportowe nie zostały formalnie zablokowane, sama eskalacja napięcia wystarczyła, by wywołać silną reakcję na rynku ropy i paliw. To może szybko przełożyć się na ceny na polskich stacjach.
O komentarz dotyczący najbliższych dni poprosiliśmy Rafała Zewarta, analityka rynku paliw w Biurze Reflex.
– Konflikt na Bliskim Wschodzie wpływa na ograniczenie transportu ropy, paliw gotowych oraz LNG z rejonu Zatoki Perskiej przez Cieśninę Ormuz. Choć szlak nie został formalnie zablokowany, rynek reaguje na rosnące ryzyko zakłóceń dostaw – wskazuje ekspert.
Cieśnina Ormuz to jedno z kluczowych miejsc dla światowej energetyki. Dziennie przepływa przez nią około 15 mln baryłek ropy oraz 6 mln baryłek produktów naftowych. To blisko 27 proc. globalnego morskiego handlu ropą i paliwami. Państwa regionu – m.in. Arabia Saudyjska, Kuwejt czy Zjednoczone Emiraty Arabskie – należą również do głównych dostawców diesla do Europy. Z Bliskiego Wschodu pochodzi ponad 20 proc. oleju napędowego importowanego na Stary Kontynent.
Reakcja rynku była natychmiastowa. Ropa Brent drożała rano o ponad 8 proc., osiągając poziom około 78–80 dolarów za baryłkę. Jeszcze mocniejsze ruchy widoczne były na rynku produktów gotowych – diesel w europejskim hubie ARA zyskiwał blisko 18 proc.
To oznacza, że wzrost cen hurtowych może w krótkim czasie przełożyć się na ceny detaliczne.
– W efekcie w najbliższych dniach można spodziewać się podwyżek cen na stacjach paliw. Benzyna może zdrożeć o 10–20 groszy na litrze, natomiast diesel nawet o 40–50 groszy – ocenia Rafał Zewart.
Kluczowe będzie to, czy napięcie w regionie będzie się utrzymywać i czy dojdzie do realnych zakłóceń w transporcie surowców. Na razie rynek reaguje przede wszystkim na ryzyko. Dla kierowców oznacza to jednak jedno – najbliższe dni mogą przynieść wyraźne zmiany cen na pylonach stacji paliw.
Komentarze