Biznes i gospodarka w regionie łódzkim
Prorektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, prof. Paweł Laidler, podczas rozmowy o przyszłości polskich uczelni wyrazem determinacji uczelni w budowaniu międzynarodowej pozycji w dynamicznie zmieniającym się świecie edukacji.

„Uniwersytet Jagielloński stawia na najlepszych”. Prorektor uczelni, prof. Paweł Laidler o przyszłości polskich uczelni

Prof. Paweł Laidler, prorektor Uniwersytetu Jagiellońskiego ds. dydaktyki, opowiada o tym, jak jedna z najstarszych europejskich uczelni buduje swoją pozycję w świecie coraz silniejszej konkurencji akademickiej. Dlaczego polskie uniwersytety, mimo wysokiego poziomu badań, wciąż pozostają daleko za światową czołówką? Jak przyciągać najzdolniejszych studentów, nie obniżając wymagań, i przygotować uczelnie na nadchodzący niż demograficzny? Rozmawiamy również o międzynarodowych sojuszach akademickich, wspólnych kierunkach studiów europejskich uczelni, wpływie sztucznej inteligencji na naukę oraz odpowiedzialności państwa za warunki studiowania w Polsce.

Prof. Paweł Laidler: „Na miejsce w czołówce trzeba cały czas pracować”. Jak Uniwersytet Jagielloński buduje swoją pozycję

Prof. Paweł Laidler, prorektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, opowiada o tym, co dziś buduje prestiż najstarszej polskiej uczelni, dlaczego same rankingi nie wystarczą, jak UJ walczy o najlepszych studentów i dlaczego mobilność powinna stać się częścią współczesnego studiowania. Rozmawiamy również o międzynarodowych aliansach uniwersytetów, niżu demograficznym i nowym programie wsparcia studentów.

BK: Uniwersytet Jagielloński od lat pozostaje w ścisłej czołówce polskich uczelni. Jak się to robi? Jak utrzymuje się taką pozycję przez lata?

PL: Rozmawia pan z jednym z tych ludzi, którzy przez chwilę mają wpływ na to, co dzieje się w uniwersytecie, ale nie uważa, że rankingi to wszystko. Są też tacy, którzy uważają, że miejsce w rankingu determinuje niemal wszystko. My znamy jednak mocne i słabe strony rankingów oraz ich metodologii. Najprostsza odpowiedź brzmi więc: to zależy. Mamy bardzo różne rankingi. W niektórych jesteśmy na pierwszym miejscu, w innych rywalizujemy z naszymi przyjaciółmi i partnerami z Warszawy, Poznania czy Wrocławia. Kiedy schodzimy głębiej, do poszczególnych dyscyplin nauki czy kierunków studiów, sytuacja staje się jeszcze bardziej zróżnicowana.

A później dochodzimy do tego, co chyba jest ogromnym marzeniem wielu rektorów i wszystkich ludzi, którym los nauki leży na sercu: żebyśmy byli międzynarodowo rozpoznawalni i żebyśmy potrafili konkurować jako polska nauka, ale też rozwijać współpracę międzynarodową, która jest bardzo potrzebna. I tutaj nasze miejsca są już niższe. Czasami cieszymy się, że jest to trzecia, czwarta czy piąta setka, zależnie oczywiście od metodologii konkretnego rankingu.

BK: Co właściwie decyduje o miejscu uczelni w rankingu? Liczba kandydatów, jakość studentów, losy absolwentów?

PL: Tak. To są kandydaci, czasami liczba olimpijczyków, kwestie akredytacji dla kierunków studiów, zagadnienia dotyczące absolwentów i tego, jak sobie radzą na rynku pracy, jaką mają pozycję. I to jest również związane z tym, że nie wszystkie uczelnie, mówiąc dyplomatycznie, mają doskonały system śledzenia losów absolwentów.

My sami czasami jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni, gdy dowiadujemy się, że gdzieś na świecie ważną pozycję zajmuje ktoś, kto jest absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego. U nas wciąż jest to obszar, w którym próbujemy dogonić świat. Model amerykański jest pod tym względem znakomity, ale z różnych powodów systemowych nie da się go po prostu przenieść do Polski. Jest jednak pewnym celem na horyzoncie: żebyśmy mieli dobre dane dotyczące naszych absolwentów, śledzili ich losy i utrzymywali z nimi relacje.

BK: Jednocześnie w wielu polskich i światowych rankingach bardzo mocno rosną uczelnie techniczne. Skąd bierze się ich przewaga?

PL: Umówmy się szczerze, że choćby ten element związany z wpływem na otoczenie społeczno-gospodarcze jest łatwiejszy czy bardziej intuicyjny w przypadku Akademii Górniczo-Hutniczej niż Uniwersytetu Jagiellońskiego. Choć jeśli spojrzymy na nasz trzeci kampus, gdzie koncentrują się nauki przyrodnicze i ścisłe, to tam współpraca z otoczeniem gospodarczym jest bardzo dobrze rozwijana.

Zawsze powtarzam, że wielką siłą Uniwersytetu jest jego wielkość. Z jednej strony rozumiana ilościowo, z drugiej jakościowo. My przecież przychodzimy tutaj na chwilę i czerpiemy z dziedzictwa tych, którzy byli przed nami. Za chwilę rozpoczniemy 663. rok akademicki.

To, że mamy synchrotron SOLARIS, z którego korzysta cała polska nauka, jest ogromną wartością, zwłaszcza w naukach ścisłych i przyrodniczych. Mamy też bardzo wysokiej jakości badania rozpoznawalne na świecie w naukach medycznych.

I pojawia się pewien paradoks. Kiedy dochodzimy do różnych aspektów parametryzacji, ewaluacji czy oceny polskiej nauki, okazuje się, że wielkie i rozpoznawalne światowo dyscypliny, a nawet nasza uczelnia, wcale nie muszą radzić sobie tak dobrze w polskim wymiarze ewaluacyjnym. Metodologia, jaka jest proponowana od wielu lat, bez względu na to, kto jest u władzy, nie jest metodologią doskonałą. Wszyscy wiemy, że liczba osób w danej dyscyplinie czy sposób liczenia dorobku będą wpływały na pozycję.

Rankingi pokazują więc pewne paradoksy. I jest jeszcze jedna rzecz, od której nie da się uciec. Pozycja polskich uczelni w rankingach, zarówno ogólnopolskich, jak i światowych, jest również determinowana przez nakłady finansowe.

Oczywiście Uniwersytet Jagielloński czy Uniwersytet Warszawski są w dobrej kondycji finansowej. To oznacza, że łatwiej im pozyskiwać atrakcyjnych badaczy, kandydatów wysokiej jakości, a także być liderami współpracy ogólnopolskiej czy międzynarodowej.

Natomiast nie zapominajmy, że wkład państwa w naukę jest, mówiąc dyplomatycznie, bardzo skromny. Tu niewiele się zmienia. Wręcz mamy poczucie, że z racji innych ważnych priorytetów funkcjonowania państwa nauka znajduje się gdzieś dalej. To nie jest tak, że pieniądz równa się automatycznie sukcesom. Ale bez pieniędzy o sukcesy jest naprawdę trudniej.

BK: Rankingi są jednym elementem, ale pozostaje prestiż samej uczelni. Studenci nadal wybierają UJ, a liczba kandydatów pozostaje wysoka. Co dziś buduje markę uniwersytetu?

PL: Prestiż jest wypadkową wielu rzeczy. Jeśli ktoś podejmuje decyzję o studiowaniu, bierze pod uwagę rankingi, pozycję uczelni, konkretny kierunek studiów. Wydaje się, że trudno już dziś znaleźć zupełnie niszowe kierunki studiów. Większość uniwersytetów ma raczej podobne kierunki w ofercie i może się zdarzyć, że konkretny kierunek cieszy się popularnością ze względu na treści, wykładowców czy jakość kandydatów.

Mogę podać przykład. Mamy Wydział Matematyki i Informatyki, a na nim kilka kierunków studiów. Część prowadzona jest w języku polskim. To są studia wysokiej jakości, jak choćby matematyka czy sztuczna inteligencja, która cieszy się dużą popularnością. Mamy również studia w języku angielskim, sięgające zarówno do nauk matematycznych, jak i computer science. I tutaj jest wielu kandydatów bardzo wysokiej jakości.

Z jednej strony wiąże się to z tym, że od lat budowano tam markę i prestiż. Z drugiej strony wydział bardzo mocno stawia na olimpijczyków — i to nie tylko najlepszych olimpijczyków w Polsce, ale również olimpijczyków międzynarodowych. Tak się składa, że w tych dyscyplinach bardzo duże sukcesy na olimpiadach międzynarodowych odnoszą osoby z Europy Środkowo-Wschodniej. Dla nich Polska może być również naturalnym środowiskiem studiowania, kulturowo łatwiejszym do adaptacji. Mówimy tu choćby o Ukraińcach czy osobach z innych krajów ościennych.

Jest też dodatkowy element motywacyjny. Nie tylko przychodzisz do miejsca, w którym jest wysokiej jakości kształcenie, ale możesz dostać dodatkowe stypendium. Oprócz stypendiów, które funkcjonują w całym systemie, mamy też różnego rodzaju własne programy, czasami na poziomie centralnym, a czasami bardziej lokalnym, kierunkowym. To również może być czynnikiem przyciągającym najlepszych. To działa trochę jak samonapędzająca się machina: skoro najlepsi przychodzą, inni najlepsi również chcą tutaj studiować.

Mamy między innymi Stypendium Uniwersytetu Jagiellońskiego, zainicjowane kilka lat temu przez mojego poprzednika, profesora Armena Edigariana. Zachęcamy najlepszych kandydatów nie tylko ze względu na ich wyniki w nauce, ale również pewną wszechstronność i interdyscyplinarność. Bez względu na to, gdzie rekrutujesz się na Uniwersytet Jagielloński, możesz aplikować o takie stypendium.

Na poziomie studiów pierwszego stopnia jest tylko siedem takich stypendiów. Od lat jestem w kapitule tego programu, a teraz jako prorektor jej przewodniczę.

Kandydaci to osoby, które nie tylko mają znakomite wyniki w nauce, czasami wiele sukcesów olimpijskich, w tym międzynarodowych, ale są również bardzo wszechstronne. Ktoś ma umysł ścisły, jednocześnie gra na instrumencie, uprawia sport, ma sukcesy, a jeszcze działa społecznie.

Bardzo nam się podoba takie holistyczne podejście — sytuacja, w której człowiek nie tylko siedzi przed komputerem czy w książkach, ale dostrzega potrzebę popularyzacji tego, czym się zajmuje, pomaga dzieciom, osobom starszym, angażuje się społecznie. To wszystko składa się na pewien profil kandydata, którego poszukujemy.

Każdego roku mamy kilkaset osób aplikujących o te kilka stypendiów i naprawdę bardzo trudno wybrać najlepszych. Ale to również pokazuje, że jakość ma dla nas ogromne znaczenie.

I jeśli mogę, przejdę do kwestii, o której pan mówił w związku z rekrutacją. Rzeczywiście Uniwersytet ma wielu kandydatów. Podejrzewam, że nawet jeżeli za dwa lata odczujemy zapowiadany niż demograficzny i niektóre kierunki studiów będą musiały być zamknięte albo rekrutacje zostaną zawieszone, to skutek dla całego Uniwersytetu nie będzie tak dotkliwy jak prawdopodobnie dla niektórych mniejszych uczelni.

My oczywiście staramy się do tego przygotowywać. Zwiększamy liczbę miejsc na kierunkach punktowo, w zależności od naszych możliwości lokalowych, infrastrukturalnych i kadrowych, ale również od jakości kandydatów. Otwarcie większej liczby miejsc nie może oznaczać, że obniżamy poziom i warunki kształcenia.

Na kilku kierunkach zdecydowaliśmy się przyjąć znacząco więcej osób, na przykład na prawie czy na pielęgniarstwie, czyli tam, gdzie zainteresowanie kandydatów było ogromne. Uważamy, że jeżeli nas na to stać, jeżeli mamy przestrzeń i możemy zagwarantować wysoką jakość studiów, to jest to w pewnym sensie nasz obowiązek.

Istnieje też zjawisko dropoutu, o którym wszyscy wiemy. Jeżeli jednak nawet po zwiększeniu liczby przyjętych osoba znajdująca się na ostatnim miejscu ma dziś wyższy wynik maturalny niż osoba przyjęta rok wcześniej, to pokazuje, że jakość mierzona tym kryterium zostaje utrzymana.

Od kilkunastu lat bierzemy pod uwagę wyłącznie maturę rozszerzoną. Są kierunki, na które naprawdę trudno się dostać. I wierzymy, że poprzez utrzymanie jakości, nawet kosztem tego, że kiedyś będziemy mieć mniej studentów, nie spowodujemy uszczerbku dla całej wizji i wartości tego, czym się zajmujemy.

Mamy bardzo dobrą, wykwalifikowaną kadrę. Jesteśmy też uniwersytetem obecnym w wielu sieciach międzynarodowych. I te sieci nie polegają tylko na tym, że przedstawiciel władz jedzie na spotkanie do Brukseli czy gdzieś indziej, spędza tam dwa miłe dni, powstaje wspólne stanowisko czy raport, który ktoś później przeczyta albo nie, a my mamy poczucie, że lobbowaliśmy i jesteśmy częścią systemu.

Mam na myśli przede wszystkim alianse tak zwanych Uniwersytetów Europejskich, które uważam za przyszłość, mimo że dzisiaj finansowo i instytucjonalnie pojawia się w Europie duży znak zapytania, co dalej z tymi bytami.

My jesteśmy członkiem UNA Europa i jesteśmy bardzo aktywni. To potwierdza też tezę, że polskie uniwersytety bardzo chcą uczestniczyć w takich sieciach, zaznaczać swoją rolę, inicjować działania, być liderami różnych grup roboczych.

Zrobiliśmy wspólnie z partnerami z innych, bardzo renomowanych uczelni — Uniwersytetu w Bolonii, Paris 1 Sorbonne, Uniwersytetu w Leuven i kilku innych — po raz pierwszy w historii wspólny program studiów pierwszego stopnia.

Studia drugiego stopnia w konsorcjach są relatywnie prostsze. Natomiast studia pierwszego stopnia oznaczają zderzenie wielu różnych systemów prawnych i systemów szkolnictwa wyższego. Merytoryczne stworzenie programu było najprostszą częścią. Przejście przez wszystkie kwestie prawne zajęło trzy, cztery lata ciężkiej pracy ludzi na wielu uniwersytetach.

Ale się udało. Mamy dziś dwa takie programy: BA in European Studies oraz BA in Sustainability, czyli Studia Europejskie i Zrównoważony Rozwój. I muszę powiedzieć, że jest to coś absolutnie fascynującego. Możemy tutaj mówić o uniwersytecie przyszłości. Ktoś, kto zapisuje się na taki kierunek, automatycznie staje się studentem kilku uczelni.

Mobilność jest bardzo ważnym elementem tego systemu. Ja uważam, że mobilność powinna być obowiązkowa. Wiem, że to nie brzmi dobrze, bo uniwersytet powinien dawać wybór studentom co do charakteru i formy studiowania.

Rozumiem, że wyjazd na pół roku na Erasmusa jest dziś wyzwaniem finansowym i czasowym. Ludzie mają pracę, nie chcą tracić studiów. Ale może to być krótka mobilność — dwa tygodnie, miesiąc.

Każdy powinien zobaczyć, jak wygląda świat, poznać innych ludzi, zasmakować innych kultur, nabrać szacunku i zrozumieć otoczenie, w którym żyjemy. W programach BA in European Studies i Sustainability mobilność jest wpisana w program. Istnieje obowiązek studiowania w kilku krajach.

Z jednej strony jestem tym zafascynowany. Gdybym był dziś studentem, chciałbym coś takiego zrobić. Z drugiej strony gwarantuje to pewną jakość. Te same tematy, te same procesy społeczne czy zjawiska analizowane są z bardzo różnych perspektyw i doświadczeń poszczególnych krajów.

I w tym kontekście myślę, że interdyscyplinarność jest również naszą siłą.

BK: Co Uniwersytetowi Jagiellońskiemu realnie daje współpraca z innymi europejskimi uczelniami?

PL: Wiele zależy od tego, o jaką sieć chodzi. Jeżeli jest to sieć czysto badawcza, jak na przykład The Guild, która już w samej nazwie ma Research-Intensive Universities, czyli zrzesza uczelnie prowadzące intensywne badania naukowe, to oprócz wspólnego lobbowania i wpływania pośrednio lub bezpośrednio na rzeczywistość szkolnictwa wyższego czy proces badawczy — choćby poprzez dyskusję nad tym, jakie tematy pojawią się później w konkursach europejskich — widzę dwie podstawowe korzyści.

Pierwsza to networking, który jest kluczowy w świecie nauki. Poprzez kontakty na różnych poziomach — bo są tam spotkania władz, ale również spotkania robocze, grupy, zespoły — poznają się dziekani, badacze zajmujący się sztuczną inteligencją, naukami medycznymi czy konkretnymi obszarami prawa.

Poznając się, badacze prowokują powstanie linku instytucjonalnego. Wiemy przecież doskonale, że żadna instytucja nie puka po prostu do drzwi innej instytucji. Ktoś musi kogoś znać. Musi być ktoś, kto jest osobiście albo systemowo zdeterminowany do współpracy. I taka sieć tworzy platformę do wymiany dobrych praktyk, ale też do tego, żeby zrobić coś wspólnie w przyszłości.

Nie muszą tego robić wszystkie uczelnie zrzeszone w The Guild. Wystarczy, że spotkają się badacze z dwóch uniwersytetów, dowiedzą się o sobie, zobaczą, czym się zajmują, i zaczną współpracować.

Pamiętam inicjatywę sprzed kilku lat, w którą byłem zaangażowany. Nazwaliśmy ją Horizon Europe Weeks. Pisaliśmy do naszych partnerów z różnych sieci i zapraszaliśmy badaczy zajmujących się konkretnymi problemami do Krakowa.

Źle to zabrzmi, ale trochę „zamykaliśmy” ich na trzy dni w jednej przestrzeni i mówiliśmy: nie musicie od razu wyprodukować projektu, który otrzyma finansowanie. Porozmawiajcie. Poszukajcie punktów wspólnych.

Zrobiliśmy kilkanaście takich edycji. I proszę uwierzyć, to spełniło swoją rolę. Do dziś istnieją zespoły projektowe, które nie tylko wtedy coś razem wymyśliły, ale nadal współpracują, bo dostały finansowanie krajowe albo międzynarodowe.

Myślę, że to jest największa wartość w kontekście badawczym.

Natomiast UNA Europa, gdzie kładziemy większy nacisk na kształcenie i dydaktykę, daje nam z jednej strony możliwość tworzenia nowych, innowacyjnych programów studiów. Nie ukrywajmy: Uniwersytet Jagielloński chciałby być nie tylko uczelnią responsywną, ale również aktywną — taką, która coś inicjuje i wprowadza. Nowoczesne programy kształcenia są więc wartością dodaną.

Z drugiej strony mamy pewien rodzaj integracji. Jeśli piszemy w strategii czy w naszych wartościach o interdyscyplinarności albo internacjonalizacji, to nie mogą być puste słowa. Musi za nimi iść realna możliwość doświadczenia tego przez studenta.

Internacjonalizacja nie oznacza tylko poznania języka czy innej kultury. Chodzi także o zrozumienie świata z perspektywy tamtej kultury. I mam nadzieję, że właśnie taki jest efekt tych działań.

Wiele takich sieci dzisiaj funkcjonuje i bardzo wiele polskich uniwersytetów jest w nich obecnych.

BK: Czy właśnie dlatego tak mocno stawiacie na mobilność i interdyscyplinarność — bo zmienia się też sam świat, do którego przygotowujecie studentów?

PL: Tak. Moglibyśmy o tym rozmawiać godzinami. Bardzo dużo mówi się dziś w Polsce o sztucznej inteligencji i jej wpływie na proces kształcenia, prowadzenia badań i na rynek pracy. I to jest właśnie taki temat, w którym współcześnie wymiana dobrych praktyk ma ogromne znaczenie.

Polska nauka jest rozpoznawalna, natomiast w niektórych obszarach pewne procesy zaczęły się wcześniej na Zachodzie. Nie mówię tutaj o poziomie, bo nie chciałbym generalizować. Chodzi o moment, w którym pewne pytania zaczęto zadawać.

Przykładem może być interdyscyplinarność związana ze sztuczną inteligencją i digital humanities, czyli humanistyką cyfrową. To absolutnie fascynująca rzecz. Postrzegamy ją — i słusznie — jako szansę. Dzięki nowym narzędziom możemy inaczej docierać do dzieł przeszłości, do dziedzictwa kulturowego, analizować je w nowy sposób, rozszerzać nasze możliwości badawcze.

Ale niedawno organizowaliśmy na Uniwersytecie konferencję, podczas której eksperci z Europy Zachodniej, będący już trochę dalej w tych procesach analitycznych, odwoływali się również do problemów. Początkowy entuzjazm związany z wpływem nowych technologii na humanistykę zaczyna być zastępowany obawami. Ludzie zajmujący się pewnymi obszarami tracą pracę, pojawiają się wyzwania i zagrożenia, których wcześniej nie dostrzegano.

I choćby po to warto być częścią tego usieciowienia. Możemy zadawać te same pytania, ale odpowiedzi mogą być różne w zależności od momentu, kontekstu, czasu i miejsca, w którym się znajdujemy.

BK: UJ ma za sobą ponad sześć i pół wieku tradycji. Czy taka ciągłość rzeczywiście zmienia sposób myślenia o uczelni i jej przyszłości?

PL: Absolutnie. Natomiast chciałbym podkreślić, że wydaje mi się, iż w tej chwili klimat w Polsce — i nie mówię o klimacie politycznym czy nawet systemowym, ale o świadomości wartości współpracy — powoduje, że te różnice w pewnym sensie się zacierają.

Nie zacierają się w wynikach rankingowych, nie zacierają się w liczbie kandydatów, ale mamy różne rodzaje wymiany kadry akademickiej i studentów, choćby program MOST czy inne rozwiązania, z których studenci naprawdę korzystają.

I to jest dla mnie interesujące, bo dyskutując z przedstawicielami innych uczelni w Polsce poznaję inną perspektywę. Duże uczelnie mają inne wyzwania i problemy. Małe uczelnie mają inne. Spotykamy się po to, żeby razem dyskutować i ostatecznie próbować wypracować wspólne stanowisko, ale również po to, żeby lepiej się nawzajem rozumieć.

Wydaje mi się, że jesteśmy dzisiaj bliżej siebie dzięki pewnej dojrzałości i świadomości osób zarządzających uczelniami, które rozumieją, jak ważna jest współpraca.

Oczywiście mam poczucie, zarówno jako badacz, jak i teraz przez chwilę jako prorektor, że Uniwersytet Jagielloński ze względu na swoją historię i pozycję znajduje się w sytuacji łatwiejszej.

Często słyszę taki skrót: „ten wasz krakowski NCN” albo „wy jesteście Jagiellońskim, nic nie musicie robić, i tak będziecie w top three”. Mam nadzieję, że nikt naprawdę głęboko w to nie wierzy. Trzeba pracować, żeby na to miejsce zasłużyć.

Ale z drugiej strony nie chciałbym traktować tego wyłącznie jako rywalizacji. Bardzo często słyszymy od rektorów innych uczelni tę potrzebę porównywania: „my jesteśmy lepsi”. Czasami jest to żart, czasami my odpowiadamy na takie określenia żartem.

Natomiast chciałbym, żebyśmy w Polsce skończyli z rywalizacją rozumianą jako ustawianie się w rankingach, kto jest lepszy, i nieustanną walką o kandydata. Choć czasy przychodzą takie, że niestety walka o kandydata będzie coraz bardziej realna. Dla niektórych uczelni będzie to naturalne „być albo nie być”.

Ale chciałbym, żebyśmy wszyscy wspólnie wzięli odpowiedzialność za polską naukę. I żebyśmy lobbowali znacznie skuteczniej nie tylko gdzieś w Europie, ale przede wszystkim u nas, uświadamiając tym, którzy są u władzy, jak ważna jest nauka.

Nie chodzi przy tym wyłącznie o pieniądze. Równie ważna jest współpraca i różnego rodzaju wspólne inicjatywy.

Chcę powiedzieć o jednej rzeczy, którą pan redaktor prawdopodobnie wkrótce usłyszy. Rektor będzie ją oficjalnie ogłaszał podczas inauguracji nowego roku akademickiego. Wprowadzamy jako pierwsi w Polsce system dopłat do obiadów dla studentów i studentek oraz doktorantów i doktorantek.

Oczywiście będzie to Uniwersytet trochę kosztowało, ale wychodzimy z założenia, że jeżeli państwo nie jest w stanie w tej chwili wyjść naprzeciw różnym potrzebom, a sytuacja socjalna i materialna studentów jest kluczowa, bo dla wielu osób ma znaczenie przy podejmowaniu decyzji, czy w ogóle studiować, to w jakiś sposób powinniśmy pomóc.

Nie robimy tego po to, żeby rywalizować i ściągać większą liczbę kandydatów, ale żeby stworzyć godziwe warunki, które naszym zdaniem powinien mieć każdy studiujący.

Tyle że uczelnia nie jest główną instytucją, która powinna brać odpowiedzialność za tego typu kwestie. Ja marzyłbym o tanich akademikach, tanich obiadach i innych rozwiązaniach, ale odpowiedzialność ciąży w dużej mierze na państwie.

Jesteśmy uczelnią publiczną i otrzymujemy dotację, która w większości jest konsumowana przez działalność badawczą i, mówiąc wprost, przez wynagrodzenia pracowników.

Inne działania trzeba więc finansować poprzez projekty i różne inicjatywy. My jesteśmy w dobrej sytuacji finansowej i możemy sobie na to pozwolić. Ale dla mnie ogromnym problemem jest to, że wiele uczelni w Polsce nie może. Dlatego tak ważne jest, aby politycy zdali sobie sprawę, że pomoc uczelniom i pomoc studentom i doktorantom jest ważna dla przyszłości kraju.

Miejsce reklamoweTwoja reklama tutajSprawdź ofertę
Społeczność Knews

Weź udział w dyskusji!

Masz opinię, dodatkowy kontekst albo chcesz podzielić się własnym doświadczeniem? Zostaw komentarz pod artykułem.

Podoba Ci się ten artykuł?
0 osób polubiło