Spotykamy się w centrum Łodzi, w Manufakturze. W kawiarni Costa, w pofabrycznym wnętrzu z wysokimi sufitami i surową cegłą, które spokojnie mogłoby być studiem fotograficznym. Siadamy zupełnie z boku, aby móc się skupić. Między stolikami krążą ludzie z laptopami, ale w naszym kącie robi się zaskakująco cicho. Myślę sobie, że to dobre miejsce, aby porozmawiać o tym, jak się zaczęło.
– To jaki był początek?
– A właściwie zaczęło się bardzo zwyczajnie, naturalnie od zdjęć dziecka – mówi po chwili.
Iza nie miała planu na karierę. Jak u wielu kobiet – od dziecka. Najpierw po to, żeby zatrzymać zwykłe chwile – pierwsze kroki, zabawy na podłodze, śmiech, który pojawia się nagle i znika tak samo szybko.
– A potem były chmurki – śmieje się – piękne widoki. I tak krok po kroku.
Właściwie nie wiadomo, kiedy to stało się zawodem, a przestało być pasją. Fotografia nie była wtedy planem na zawód.
– Nie wiązałam z tym żadnej przyszłości. Po prostu robiłam zdjęcia, bo mi się podobało. Nie miałam planów, że muszę zrobić coś wielkiego.

fot.: Izabela Urbaniak
Samouk
Dwadzieścia lat temu początkujący fotograf był w zupełnie innej sytuacji niż teraz. Nie było Facebooka, Instagrama ani fotograficznych społeczności, gdzie można było wrzucić zdjęcie i dostać natychmiastową opinię. Nie było tutoriali na YouTubie ani kursów online. To był jeszcze czas, kiedy fotografia była bardziej cierpliwością niż technologią.
– Zaczęłam od zera. Jestem samoukiem. Uczyłam się sama tego, że przysłona 2.0 daje rozmycie głębi. Po prostu próbowałam, próbowałam, aż się udało zrobić coś fajnego.
Oczywiście były książki, poradniki, ale kto czyta instrukcje i poradniki – śmieje się.
Zaczynała, kiedy była fotografia analogowa. Mało kto pamięta, że zdjęcie trzeba było wywołać, a to kosztowało, więc każdy kadr trzeba było przemyśleć. Robiło się zdjęcie i dopiero po wywołaniu kliszy można było zobaczyć, czy coś wyszło. Fotografia cyfrowa obniżyła koszty i nagle można było zobaczyć błąd od razu.
Ale większości rzeczy i tak musiała nauczyć się sama. Nie była typem osoby, która czyta instrukcje od deski do deski. Wolała sprawdzić wszystko w praktyce.
Robiła zdjęcie. Patrzyła na efekt. Próbowała jeszcze raz.
Tak powoli zaczęła rozumieć, jak działa światło, jak zmienia się obraz przy innej przysłonie i dlaczego czasem tło nagle zamienia się w miękką plamę koloru.
To była fotografia uczona intuicyjnie.

fot.: archiwum Izabela Urbaniak — sesja dla Dilmah
Pierwsze sygnały
W tygodniu pracowała jako przedstawiciel handlowy w firmie stomatologicznej. Stabilna praca, spotkania, normalny rytm dnia. A fotografia rozwijała się obok. Zresztą, słuchając jej, mam wrażenie, że Iza przeszła ze świata korporacji do świata sztuki w bardzo naturalny i bezbolesny sposób. Przynajmniej tak wynika z opowieści. Przyznaje, że na początku nie były to duże pieniądze – wspomina – ale sam fakt, że ktoś chciał zapłacić za moje zdjęcia, był dla mnie bardzo ważny. To był moment, kiedy zaczęła myśleć o fotografii trochę inaczej. Każda kolejna sesja dawała jej więcej pewności. Ale chciała się skonfrontować, zobaczyć, czy jej fotografia jest coś warta. Przypomina, że dwie dekady temu było inaczej. Zaczęła też wysyłać zdjęcia na konkursy fotograficzne. Nie po to, żeby wygrać. Raczej po to, żeby sprawdzić, czy to, co robi, ma sens poza kręgiem znajomych i rodziny. I wtedy zaczęły pojawiać się wyróżnienia, a potem nagrody. Aż w końcu wygrała stypendium w Warszawskiej Szkole Filmowej.

fot.: Izabela Urbaniak — Joanna Woś
Szkoła filmowa
Studium trwało dwa lata i odbywało się w trybie zaocznym. Co drugi weekend zajęcia w Warszawie. W tym samym czasie w jej życiu pojawiło się drugie dziecko.
– Musiałam to wszystko pogodzić – mówi – gdyby to było studium dzienne, pewnie nie dałabym rady. Ale właśnie w tym czasie zaczęło się rodzić przekonanie, że fotografia może być czymś więcej niż tylko pasją. Po szkole przyszedł moment decyzji. W 2009 roku otworzyła własną działalność.
To był skok na głęboką wodę.

fot.: Izabela Urbaniak
Przełom
Jednym z ważnych momentów był rok 2012 i seria zdjęć „Summertime”. Zdjęcia stały się viralem. Potem zaczęły się wywiady i zaproszenia do programów telewizyjnych. Świat zaczął się nakręcać.
– Nagle pojawiło się mnóstwo rozmów, wywiadów, spotkań – mówi.
Od 2008 roku współpracuję z marką „Dilmah”. Wygrałam konkurs i pojechałam na Sri Lankę. To było wspaniałe przeżycie. Od tego czasu co roku wyjeżdżam na sesję dla nich. To jest wspaniałe oderwanie się od rzeczywistości.

fot.: Izabela Urbaniak — sesja Summertime
Kobiety
Dziś większość jej pracy to sesje kobiece. Ale w jej atelier dzieje się coś więcej niż tylko fotografowanie.
Iza przyznaje, że woli pracować z kobietami. Choć sesje dla nich też się zdarzają. Jednak to zdjęcia dla kobiet są jej żywiołem. I to widać na fotografiach. Tworzy subtelny, eteryczny klimat.
Wszystko zaczyna się od rozmowy – nie o zdjęciach, tylko o życiu. Kobiety siadają, a zanim pojawi się aparat, przez chwilę po prostu opowiadają o sobie. To jest budowanie niepowtarzalnej relacji, którą potem widać na zdjęciach. Bez tego się nie uda. Czasem zanim pojawi się aparat, w studiu przez kilkanaście minut jest tylko rozmowa i cisza.
Rozmawiają o zmianach, które właśnie przechodzą, o rozwodach, nowych początkach, o dzieciach, które się pojawiły, albo o tym, że nagle w życiu trzeba poukładać coś od nowa. I o mężczyznach oczywiście. Iza mówi, że przez te lata usłyszała tyle historii, że mogłaby z nich napisać książkę. Czasem są to historie lekkie, pełne śmiechu. Czasem bardzo trudne.
– Bardzo ważne jest to, abym była uważna, bo jak ktoś opowiada mi historię, a ja nagle wyjdę zrobić kawę, to ta subtelna nić pęknie i jest już pozamiatane. Sesja się nie uda.

fot.: Izabela Urbaniak
Sesja, która zmienia spojrzenie
Po zdjęciach Iza pokazuje kilka kadrów w aparacie. Kobiety patrzą na ekran i często reagują bardzo spontanicznie. Najpierw niedowierzanie, potem śmiech – jakby na ekranie pojawiła się ktoś trochę bardziej odważna niż one same.
– Zdarza się, że mówią pół żartem, pół serio, że takie sesje powinny być na NFZ.
Bo kiedy widzą siebie w innym świetle, nagle pojawia się coś, czego często wcześniej brakowało – radość, ulga, ale bardzo często zaskoczenie.
Niektóre mówią, że czują się po takiej sesji jak po dobrej rozmowie z terapeutą.
– Widzę, jak zdjęcia je zmieniają, podnoszą poczucie własnej wartości. Kiedy koleżanka, która omija ją od lat szerokim łukiem, nagle lajkuje jej zdjęcia z sesji. Przyznają, że to je podbudowuje. I to nie mija po tygodniu – to w kobietach zostaje – cieszy się Iza.
Atelier
Jej atelier jest dla niej miejscem inspirującym. Mieści się w kamienicy przy ulicy Sienkiewicza w Łodzi, naprzeciwko parku Sienkiewicza. Jest magiczne – nie tylko dla niej, ale również dla ludzi. Wysokie okna wpuszczają dużo światła. Światło wpada tu miękko, jakby specjalnie dla fotografii. W środku jest spokojnie – trochę jak w mieszkaniu, trochę jak w pracowni.
– Bardzo lubię to miejsce – mówi. – Ono ma energię.
Kiedy ktoś wchodzi do środka, atmosfera od razu robi się spokojniejsza.
– Kobiety też to wyczuwają – mówi. – Dzięki temu szybciej zaczynają czuć się tu swobodnie.
Coś musi być w tym miejscu. Przyjeżdżają do niej ludzie z różnych części Polski, czasem z bardzo daleka.
– To fantastyczne, kiedy ktoś z Gdańska czy Rzeszowa zada sobie tyle trudu, aby tu przyjechać. Bo widzi, że warto.
Właściwie większość zdjęć powstała w Łodzi.
– Fajne jest to – mówi – że jak ludzie przyjeżdżają do naszego miasta, to często są zaskoczeni, jak fajnie tu jest.

fot.: Izabela Urbaniak
Na koniec
W ostatnich latach zauważyła jeszcze jedną zmianę. Kobiety coraz częściej zaczynają stawiać siebie na pierwszym miejscu.
– To trochę jak w samolocie – mówi. – Kiedy wypadają maski tlenowe, najpierw zakładasz ją sobie, a dopiero potem pomagasz dziecku. Bo jeśli sam nie masz powietrza, nie pomożesz nikomu. Ma wrażenie, że coraz więcej kobiet zaczyna myśleć właśnie w ten sposób. Najpierw chcą zadbać o siebie – o swoją przestrzeń i chwilę tylko dla siebie. O swoje samopoczucie.
– I może właśnie dlatego moje sesje są dziś tak potrzebne – mówi Iza.
Bo czasem jedno zdjęcie potrafi sprawić, że ktoś zaczyna patrzeć na siebie trochę łagodniej. A to już bardzo dużo. Podczas rozmowy widać, że Iza naprawdę cieszy się z tych chwil w studio. W jej opowieści nie ma wielkiej deklaracji o sukcesie – jest raczej spokojna pewność, że wszystko ułożyło się tak, jak miało się ułożyć. Jej historia jest dla mnie jednym z tych przykładów, kiedy widać, że życie potrafi ułożyć się naturalnie – jakby samo znalazło swój właściwy kierunek. Wszystko ze sobą zagrało w odpowiednim czasie. Bo – jak twierdzi – życie wypłynęło z pasji.
Komentarze
Iza jest moją inspiracją i mentorką❤️ Warsztaty fotograficzne u Izy otworzyły mi oczy na kobiecą fotografię. Iza ma zdolność zaglądania do serca ❤️