Nałęczów – jak to uzdrowisko – ma swój rytm, nieco zwolniony i trochę retro. To miasto willi ukrytych między drzewami, Pałacu Małachowskich, Starych Łazienek i oczywiście pijalni wód. Tu chodzi się wolniej, rozmyśla bez spięcia i planuje, czy kawa z syropem, czy bez. I o to chodzi, bo po to do Nałęczowa się jedzie, by odpocząć i zapomnieć, co nas drażni, męczy i frustruje w codziennej rzeczywistości. Tu też kontempluje się sztukę w parkowych alejach i to jest atut nad atuty, bo rzeźby Stanisława Strzyżyńskiego naprawdę –jak się teraz mawia – robią robotę.

fot.: Arche
Dawne Sanatorium Milicyjne przy ul. Spółdzielczej pochodzi z zupełnie innego porządku. Jest duże, geometryczne, ciężkie, późnomodernistyczne. Nie ma lekkości starych nałęczowskich willi ani elegancji przedwojennych pensjonatów. Nie wtapia się w zieleń, a góruje nad nią oraz w pewien sposób nad całym miastem. Bo sanatorium powstało według innej filozofii architektury, a przede wszystkim innego wyobrażenia o tym, jak powinno wyglądać nowoczesne lecznictwo. Na pierwszy rzut oka trudno o większy kontrast, z drugiej strony jednak to kolejny etap historii, którą dopisała druga połowa XX wieku.
Park Zdrojowy, którego początki sięgają końca XVIII wieku, stał się sercem Nałęczowa, ale z czasem wokół niego rosły kolejne obiekty: pensjonaty, wille, sanatoria, zakłady lecznicze, szkoły, pracownie artystyczne. Pojawiały się rzeźby, pomniki, instalacje, nowe budynki, nowe style i nowe języki estetyczne. Każda epoka dopisywała coś własnego. Sanatorium Milicyjne jest jednym z najbardziej wyrazistych śladów tego procesu.

fot.: Arche — Sanatorium Milicyjne w Nałęczowie zaczęto budować w grudniu 1983 roku. Po transformacji ustrojowej inwestycję wstrzymano, a niedokończony gmach przez kolejne dekady pozostawał opuszczony.
Początek, bez końca
Budowę wielkiego ośrodka przeznaczonego dla soli tej ziemi, czyli funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej rozpoczęto na początku lat 80. Inwestorem była Komenda Wojewódzka w Lublinie, a plany zakładały z rozmachem sześciokondygnacyjny kompleks o powierzchni około 17 tysięcy metrów kwadratowych. Cel nadrzędny to leczenie chorób serca.
Sanatorium nie miało już przypominać otaczających go willi, miało natomiast działać jak sprawny organizm. Skala miała tu znaczenie, a pokoje, długie korytarze, masywne klatki schodowe, duże zaplecze techniczne i monumentalna bryła miały świadczyć o nowoczesności i możliwościach państwowego inwestora.
Właśnie pod tym względem Nałęczów odróżniał się od części starszych resortowych ośrodków. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych dysponowało w PRL własnym zapleczem uzdrowiskowym i wypoczynkowym, między innymi w Krynicy-Zdroju czy Kołobrzegu. Część tamtych obiektów działała jednak w istniejącej już wcześniej zabudowie lub rozwijała się etapami. W Nałęczowie projektowano od podstaw wielki, nowy kompleks, podporządkowany późnomodernistycznemu myśleniu o sanatorium jako samowystarczalnej instytucji.
Nałęczowskie sanatorium największe w Polsce nie było, ale wyróżniało się czymś innym - było inwestycją bardzo późną, realizowaną u schyłku systemu, który za chwilę miał się skończyć. I tak się zresztą stało. A co za tym idzie, chociaż na terenie budowy pojawiała się stolarka, na wyższych kondygnacjach wykańczano już łazienki, kolejne wnętrza nabierały docelowego kształtu, wszystko stanęło. Transformacja ustrojowa oraz zmiana realiów finansowych sprawiły, że wielki kompleks pozostał niedokończony.

foto.: Knews.pl - fragmenty oryginalnych ceglanych ścian, a w innych miejscach nie zamalowywano starej farby. Zachowano także charakterystyczną żółto-pomarańczową kolorystykę elewacji dawnego sanatorium.
Wiatr w żagle
Przez kolejne dekady sanatorium, a właściwie jego szkielet, trwało w krajobrazie miasta jako relikt przeszłości. I raczej nikt nie wierzył, że kiedyś jeszcze coś z tego będzie. Dopiero w 2020 roku nieruchomość przejęła Grupa Arche – znana z miłości do obiektów trudnych, ale z charakterem - która zdecydowała się wykorzystać istniejącą konstrukcję i potraktować ją jako bazę i inspirację. Po przebudowie obiekt został otwarty w 2024 roku jako hotel i kompleks wypoczynkowo-uzdrowiskowy. PRL jest tu obecny – nie tylko w układzie budynku i sztuce użytkowej, ale także w idei.

fot.: Magdalena Wiercioch/Knews.pl — Mozaikę zdobiącą wnętrze wykonali więźniowie pracujący przy budowie sanatorium. Arche zachowało ją jako jeden ze śladów historii obiektu, zestawiając z meblami vintage – stare krzesła, fotele i komody są ważnym elementem wystroju Arche Nałęczów.
Kiszczak, więźniowie i sztuka
A jak o idei mowa to wróćmy jeszcze na moment do historii, bo ta ma kilka smaczków.
Zaczęło się od sporu o lokalizację, bo w zamyśle obiekt miał powstać po przeciwnej stronie ul. Spółdzielczej. Mieszkańcy jednak zaprotestowali i inwestycję przesunięto na północną stronę ulicy, na teren określany jako Armatnia Góra. Nastroje społeczne się uspokoiły, ale wciąż pojawiało się pytanie, czy tak wielka i ciężka architektura w ogóle pasuje do miasta, którego wizerunek budowały zieleń i kameralne uzdrowiskowe formy. Ostatecznie kamień węgielny wmurowano i według relacji zrobił to nie byle kto, bo generał Czesław Kiszczak.
Kolejne kontrowersje – tym razem związane z poczuciem bezpieczeństwa u mieszkańców – pojawiły się gdy na budowę weszli więźniowie. Po kilku dekadach historia zatoczyła koło. Współcześni osadzeni również uczestniczyli w powstawaniu obiektu, tyle że tym razem nie jako robotnicy, ale jako artyści. W zakładach karnych powstawały między innymi mozaiki i wiklinowe żyrandole, nietuzinkowe i warte uwagi.

fot.: Knews.pl — Jednym z założeń Arche jest zachowywanie w rewitalizowanych obiektach śladów ich historii. W Nałęczowie pozostawiono m.in. fragmenty surowych ścian oraz oryginalne piece, które stały się elementem wystroju nowych wnętrz.

fot.: Knews.pl
Surowość zamiast stylizacji
Dziś surowe klatki schodowe, fragmenty technicznego zaplecza, ceglane elementy, kominy, beton, neony i długie korytarze tworzą atmosferę niepowtarzalną. Telefon z tarczą, adapter Bambino, meblościanka i kilka charakterystycznych foteli przywołują nostalgię, ale to faktura ścian, ciężar konstrukcji, układ komunikacyjny, rytm kondygnacji i skala budują autentyczność i przywołują dawne lata.

fot.: Magdalena Wiercioch/Knews.pl
Współczesne wnętrza pełne są również odniesień do wzornictwa drugiej połowy XX wieku. Pojawiają się geometryczne podziały, kolory, oświetlenie i detale odwołujące się do estetyki epoki. Szczególnie widać to w obecnej restauracji, która ma bardzo stołówkowy charakter z tradycyjną wydawką i przepierzeniami, albo w dawnej kotłowni ze starymi urządzeniami i instalacją , gdzie obecnie jest sala bankietowa.

fot.: Magdalena Wiercioch/Knews.pl
Stanisław Strzyżyński i jego dzieła
Dawne Sanatorium Milicyjne ze swoim postrzeganiem sztuki wpisuje się w charakter Nałęczowa, gdzie artyści lubili się zatrzymywać i tworzyć. Jedną z najważniejszych postaci lokalnego środowiska artystycznego był Stanisław Strzyżyński, rzeźbiarz, malarz i pedagog związany z miastem przez ponad sześć dekad. Urodzony w 1923 roku, trafił do Nałęczowa w latach 50. W Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych im. Józefa Chełmońskiego uczył między innymi rysunku, malarstwa i rzeźby. Był również współtwórcą Grupy Nałęczów, środowiska artystycznego, które przez lata współtworzyło kulturalny klimat miasta.
Strzyżyński oraz artyści, których zwerbował na plenery rzeźby parkowej pozostawili po sobie wiele realizacji, które podziwiać można w mieście. „Miłość” Edmunda Matuszka, „Praptak” Michała Pudełki oraz jedna z najbardziej rozpoznawalnych – „Ławeczka Bolesława Prusa” samego Strzyżyńskiego to punkty obowiązkowe spaceru po nałęczowskim parku i to nie tylko dla miłośników sztuki .

fot.: Knews.pl - Wiklinowy abażur to kolejny element łączący współczesne wnętrza Arche Nałęczów z historią dawnego sanatorium. Został ręcznie wypleciony przez więźniów pracujących przy budowie obiektu.
Wiklinowe love i obrazy
W tym samym parku można podziwiać współczesne formy z wikliny przygotowane przez uczniów nałęczowskiego „plastyka”. Osiem abstrakcyjnych instalacji powstało w ramach projektu „Sztuka obserwowania Sztuki”, a następnie znalazło swoje miejsce w parkowej przestrzeni.
Współczesna aranżacja hotelu Arche także bogata jest w wiklinowe dekory. I to z tych samych rąk młodych artystów, którzy ozdobili park. W ogóle wiklina ma w Nałęczowie duże znaczenie, bo przez lata plecionkarstwo było niezwykle ważnym elementem kształcenia w tutejszym liceum plastycznym. A projektowania form użytkowych z tego materiału uczył sam, wspomniany wyżej, mistrz Stanisław Strzyżyński.

fot.: Magdalena Wiercioch/Knews.pl
Podobna historia wiąże się z obrazami w Arche. Kiedy rozpoczynano budowę Sanatorium Milicyjnego, Strzyżyński właśnie kończył swoją wieloletnią pracę pedagogiczną. Cztery dekady później uczennice tej samej szkoły zostały zaproszone do współtworzenia nowej tożsamości niedokończonego gmachu. Jagoda Wysokińska i Zofia Prokopowicz przygotowały projekty malowideł inspirowanych wzornictwem PRL, a następnie były one realizowane przez młodzież i uczestników działań artystycznych. W sumie powstało blisko 400 ściennych realizacji – także tych malowanych w pokojach bezpośrednio na tynku.
I tu widać pięknie jak dawne sanatorium przejmuje z miasta jego artystyczny kod – twórców i tworzywo.

fot.: Arche
Coś dla ducha i coś dla ciała
Ale Arche w Nałęczowie to nie tylko sztuka. To także miejsce, gdzie można odpocząć i się zregenerować. Jest tu wielka przestrzeń saunowo-basenowa (z pięknymi mozaikami) jest widokowy taras i skybar, z których można podziwiać położone u podnóży hotelu miasto – no może nie całe, ale najbliższe wille widać doskonale. Dla zapracowanych są wielkie sale konferencyjne, a dla tych, co lubią coś dobrego przekąsić restauracja z lokalnymi specjałami. Są też balkony do relaksu, wygodne sofy i fotele w częściach wspólnych i po prostu dobry klimat

fot.: Arche
Pocztówka retro
I kiedy się człowiek dobrze ustawi na długich schodach prowadzących do Arche i odpowiedni złapie klimat, to zdjęcie z tychże schodów przypomina pocztówkę z lat 70-tych ze szczęśliwym urlopowiczem patrzącym w słońce. Warto sobie ten powrót do przeszłości zafundować – szczególnie po to, by nieco zwolnić, a nawet się zatrzymać i chociaż na chwilę dać się porwać nostalgii. Za pastą jajeczną na śniadanie, seansami w borowinie i turnusem, który trwał nieprzerwanie 3 tygodnie – bez telefonu, telewizji i internetu. Darem były cisza i spokój.

fot.: Knews.pl



Weź udział w dyskusji!
Masz opinię, dodatkowy kontekst albo chcesz podzielić się własnym doświadczeniem? Zostaw komentarz pod artykułem.