
fot.: Maciej Andrzejewski , dzięki uprzejmości Uniwersytetu Łódzkiego — Na zdjęciu Piotr Pejski i Magdalena Wiercioch
Święta Wielkanocne to jednocześnie wiele znaczeń, bo poza wymiarem religijnym i duchowym niosą w sobie moc folkloru i dawnych wierzeń – także tych pogańskich. I ten przeplot jest niejednokrotnie zdumiewający, ale zaskakująco spójny.
O tym, jak to drzewiej bywało opowiem ze wsparciem Piotra Pejskiego, miłośnika folkloru łowickiego i studenta etnologii Uniwersytetu Łódzkiego, którego miałam przyjemność spotkać na uniwersyteckim śniadaniu prasowym.

Asceza
Zacznijmy tę opowieść od początku, czyli od poprzedzającego Wielkanoc postu. „Na wsiach był on wynikową dwóch aspektów – religijnego oraz ekonomicznego. Na przednówku zapasy topniały z dnia na dzień, jadło się więc skromnie, żeby nie powiedzieć biednie. O okrasie i rarytasach nie mogło być mowy. Mimo wszystko kobiety czyściły bardzo dokładnie wszystkie garnki piaskiem, by nie został w nich gram tłuszczu. Post miał być czysty” opowiada Piotr.

Moc wielkanocnej palmy
Niedziela palmowa była i jest dniem szczególnym, a poświęcone tego dnia palmy traktowano z nabożnością. Jak mówi Piotr „Palma była artefaktem magicznym, który chronił domostwo, dawał dobrą energię. Jej elementy były w różnoraki sposób wykorzystywane. Gospodarze na przykład połykali palmowe kotki, by zapewnić sobie zdrowie i ustrzec się przed bólem gardła. Te same kotki wkładano także pod pierwszą skibę podczas wiosennej orki – miały one gwarantować urodzaj. Poświęcone palmy stawiano na stole w izbie – zwano go świętym kątem, bo pełnił funkcję domowego ołtarzyka – tu odganiały złe moce i gwarantowały rodzinne powodzenie”. Bywało też, że gospodarze wkładali palmy za róg świętego obrazu lub we framugę drzwi wejściowych, albo okadzali nimi bydło – za każdym razem cel był ten sam – zapewnić dobrostan i zatrzymać wszystko, co złe. Po roku, palmy palono, a ich popiół wykorzystywano w środę popielcową.

Przygotowania
W Wielkim Tygodniu, poza nabożeństwami, które były w kalendarzu punktem obowiązkowym, zaczynały się wielkie przygotowania. Przede wszystkim sprzątano domy i obejścia. Każdy mebel musiał być odsunięty od ściany i wyszorowany, a każdy kąt wymieciony. Bielono ściany i wietrzono, by przygotować się na nowe. „Kobiety spędzały ten czas we własnym gronie, a nawet niektóre rzeczy robiły po kryjomu - były to dekoracje i pisanki. Bo jajka do święconki mogły być ozdobione jedynie kobiecą ręką. Mężczyznom nie wolno było wówczas wchodzić do chaty, bo psuli energię. Gdy więc taki jegomość, nawet przez przypadek, w okolicy babskiej chaty się pojawił, kobiety musiały oczyść przestrzeń solą” opowiada Piotr.

Na początku była cisza
Poranek wielkanocny zaczynał się od ciszy. Jeszcze przed świtem, we wsiach rozciągniętych między dawnym Księstwem Warszawskim a ziemią sieradzką, kobiety wychodziły nad rzeki, by zaczerpnąć wody, Miała ona oczyszczać, leczyć i przywracać siły po zimie, która na wsiach była okresem trudnym i bardzo wyczerpującym.
Po rezurekcji gospodarz dzielił się jajkiem z domownikami, składając życzenia – był to moment symbolicznego odnowienia więzi rodzinnych. Skorupki jaj ze święconki rozsypywano później w kątach izby, by chroniły dom przed szkodnikami, albo pozostawiano na polach, by zapewniły urodzaj. Na stołach były oczywiście żur, jajka, wędliny, chrzan i wypieki. I każda z potraw miała swoją symbolikę. Chrzan na przykład był symbolem siły i witalności, a także chronił przed złem. Chleb to dobrobyt i pomyślność, kiełbasa – płodność i obfitość, sól – oczyszczenie, a wielkanocne wypieki – radość.
W Łowickiem Niedziela Wielkanocna była dniem rodzinnym, wyłącznie w gronie najbliższych, w okolicach Piotrkowa i Radomska natomiast zaraz po śniadaniu zaczynały się odwiedziny i obdarowywanie sąsiadów drobnymi upominkami.

Wielkie wody lanie
Poniedziałek Wielkanocny czyli śmigus dyngus był już zdecydowanie świętem społecznym i każdy, bez względu na wiek, brał w nim udział. „Prym oczywiście wiedli młodzi chłopcy, którzy przy okazji dyngusa załatwiali sprawy matrymonialne. O świcie wbiegali do chat, gdzie mieszkały kandydatki na żony, wciągali je na siłę i „brzechtali” czyli moczyli na wszelkie możliwe sposoby – nawet w studni. Zbrzechtana dziewczyna być może walczyła później z przeziębieniem, ale tego dnia była szczęśliwa jak nigdy, bo wiedziała, że ma powodzenie” śmieje się Piotr. W niektórych regionach oblewaniu towarzyszyło smaganie witkami po łydkach – na szczęście, lub oklepywanie starszeństwa palmami wielkanocnymi – dla zdrowia.
Bywało też, że dziewczęta chodziły z gaikiem, a chłopcy z kogutkiem. I jedni i drudzy śpiewali i przynosili do odwiedzanych domostw radość i dobrą energię, w zamian byli obdarowywani smakołykami.

Zaczyna się nowe
Wielkanoc i ta religijna, i ludyczno-folklorystyczna to moment otwarcia, nowego początku i nowego życia. Dobro w czystej postaci, Niech więc będzie czasem odpoczynku, spokoju i silnych więzi. Wesołych Świąt!
Komentarze