Biznes i gospodarka w regionie łódzkim
Zdjęcie przedstawia autora artykułu 'Wszyscy mamy takie samo szczęście. Różnimy się tym, czy umiemy je wykorzystać' w chwili refleksji, stojącego w biurze z raportem w ręku. Zanim rozpoczął swoją podróż jako przedsiębiorca, zdobywał cenne doświadczenie w korporacjach, gdzie dostrzegano jego talent do zarządzania, co skłoniło go do wykorzystania swojego potencjału w własnym biznesie.

„Wszyscy mamy takie samo szczęście. Różnimy się tym, czy umiemy je wykorzystać” — część I

Zanim zdecydował się na własną firmę, przez kilkanaście lat poznawał mechanizmy wielkiego biznesu od środka. W korporacji usłyszał, że ma talent do zarządzania, choć sam wcale nie był o tym przekonany. Później przyszły odpowiedzialność za część programu Pendolino, doświadczenia z amerykańskim funduszem i decyzja, która oznaczała rezygnację z bezpiecznej kariery. Rafał Wyka, prezes zarządu i współzałożyciel Grupy Olikol, opowiada o tym, co naprawdę pomaga zbudować własną firmę — i dlaczego kapitał nie musi być najważniejszą przeszkodą.

B.K.: Jak to się zaczęło? Jak wyglądała Pana droga, kariera? Skąd pomysł w ogóle, żeby pójść w tym kierunku? Czy od zawsze interesowały Pana takie rzeczy?

Rafał Wyka: Generalnie zawsze chciałem mieć własną firmę. Tylko rozumiałem, że muszę mieć na nią pomysł. Muszę mieć możliwość i muszę się nauczyć, jak to zrobić. Jeżeli kończymy studia, szczególnie politechniczne, jesteśmy skupieni przede wszystkim na części technicznej, analitycznej. Całej tej otoczki biznesowej nie znamy, nie mamy prawa nawet jej jeszcze znać albo znamy bardzo niewiele. Mało tego, co jest takim trochę kamyczkiem do ogródka politechniki, niewiele uwagi zwraca się na pewne kwestie związane z zarządzaniem. Bo prowadzenie organizacji to jest technika w niewielkim fragmencie, a głównie są to cechy miękkie, na które na studiach technicznych właściwie się nie zwraca uwagi.

B.K.: A który to był rok?

Rafał Wyka: 2002. Kończyłem wtedy studia z moim przyjacielem Maćkiem, z którym dzisiaj prowadzę firmę. Skończyliśmy na Politechnice Łódzkiej dwa kierunki: elektrotechnikę i informatykę. Maciek został na studiach doktoranckich, natomiast ja poszedłem do pracy. Trafiłem do grupy Orange i pracowałem w IT. Informatykę bardzo lubiłem, lubiłem technikę.

Rafał Wyka i Maciej Kikosicki – współwłaściciele Grupy Olikol, firmy związanej z Koluszkami, działającej m.in. w sektorze infrastruktury kolejowej i energetycznej.

B.K.: To było w Łodzi?

Rafał Wyka: Tak. To była wtedy jeszcze Telekomunikacja Polska, później następował branding Orange. Telekomunikacja Polska postanowiła wtedy zbudować jedno z pierwszych dużych data center w Polsce. Dzisiaj wszyscy mówią o centrach danych, a my już w 2002 roku takie centrum budowaliśmy. Przy Stokowskiej, niedaleko M1, powstało duże data center i właśnie tam w październiku 2002 roku rozpoczynałem pracę.

B.K.: Ale pomysł na biznes cały czas gdzieś był?

Rafał Wyka: Była taka chęć: kiedyś będę na swoim. Tylko bez precyzji, co i jak. Wiedziałem, że chcę mieć coś własnego, ale nie wiedziałem jeszcze co. Nie chciałem zaczynać na bazarze od sprzedawania elektroniki, jakichś kabli czy robienia prostych usług informatycznych. Nie czułem tego. Jako nastolatek handlowałem na bazarze warzywami, pomidorami, ogórkami, ubraniami. Wiedziałem, że biznes wymaga pomysłu, jakiegoś backgroundu. Musisz czuć, że to pójdzie.

Korporacja powiedziała: „Pan ma talent do zarządzania”

Rafał Wyka: I wtedy wydarzyła się bardzo ciekawa rzecz w Orange. Uruchomili program, który nazywał się Talent Pool. W grupie pracowało wtedy chyba około 70 tysięcy ludzi i postanowiono wybrać grupę osób, które mają określony potencjał. Mój ówczesny kierownik powiedział trochę na zasadzie: trzeba kogoś wysłać, to młody pójdzie. I powiedzieli, żebym poszedł na ten konkurs. Szukali ludzi z potencjałem managerskim. Było pięć etapów. Ku mojemu zaskoczeniu przeszedłem wszystkie. Później pojechałem do prezesa Telekomunikacji Polskiej na wręczenie nagrody. Dostałem wtedy od niego książkę Jacka Welcha „Winning” — polecam, warto przeczytać — i usłyszałem: „Pan ma talent do zarządzania”.

B.K.: Czyli trochę przypadek zadecydował?

Rafał Wyka: Jak najbardziej. I to było bardzo ciekawe, bo pierwszy raz dostałem wtedy profesjonalny feedback ze strony HR-u, jaki jestem. Za takim „miękkim HR-em” naprawdę stoi potężna nauka. Oni nas zmierzą, zważą, określą mocne strony, słabe strony, spozycjonują. Powiedzieli mi, że jestem kreatywny, dążę do celu, jestem komunikatywny, słucham ludzi, ludzie mnie słuchają, potrafię ich motywować. I to nie było: „wydaje nam się”. Oni mieli punkty, wskaźniki, konkretne oceny. Ten test nie trwał godzinę. Trwał kilka dni. Wysłali nas do hotelu, mieliśmy scenki, interakcje z asesorami, testy, różne sytuacje. Na każdym etapie odpadały kolejne osoby. Po tym wszystkim uznali, że nadaję się do zarządzania. A ja w ogóle tego nie czułem. Bo ja jestem osobą raczej delikatną, miękką. Nie jestem twardy, nie jestem takim charyzmatycznym człowiekiem, który zarządza głosem. Nie krzyczę na ludzi. I nagle profesjonaliści mówią mi: ma pan talent do zarządzania. Pomyślałem: może coś w tym jest. Potem awansowałem w organizacji i miałem już swój mały zespół.

B.K.: Ale firma już wtedy zaczęła Pana monitorować i świadomie rozwijać?

Rafał Wyka: Tak. I to jest bardzo ważne. Kiedy zostałem laureatem tego konkursu — nie byłem oczywiście jedynym, to była pewna grupa ludzi, kilkadziesiąt osób w skali organizacji — dostałem swojego HR business partnera. To była osoba, która pilnowała rozwoju mojej kariery. Dostałem zestaw szkoleń. Pytali: jakie szkolenia możemy panu dać? I przez dwa lata miałem szkolenia właściwie pode mnie. Mieliśmy między innymi zajęcia z ludźmi ze Stanów, którzy mieli ogromne doświadczenie w zarządzaniu. I to nie byli trzydziestoletni wykładowcy, tylko sześćdziesięcioletni ludzie z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem. Jeden budował elektrownię atomową, drugi fabryki, ktoś dostarczał rzeczy dla Boeinga i wojska, ktoś budował autostrady. I kiedy słuchasz człowieka, który naprawdę przeszedł przez takie projekty, zupełnie inaczej go odbierasz.

Z jednego z tych wykładów pamiętam do dziś jedną rzecz. Prowadzący narysował trójkąt, odciął jego czubek i powiedział: jeżeli chcesz rozwijać karierę w kierunku managerskim, nietechnicznym, ten czubek to jest 20 procent. To jest science. Nauka, technika, cała wiedza, którą zdobyłeś na studiach. To, czego nauczyłeś się jako inżynier. A pod spodem jest art. Sztuka. I to jest 80 procent. To, jaki jesteś. Jak funkcjonujesz z ludźmi. Jak reagujesz. Czy umiesz ich prowadzić, słuchać, motywować. I albo pewne rzeczy masz, albo nie masz. Jak ktoś umie malować, to maluje. Można go oczywiście nauczyć techniki, można poprawiać różne rzeczy, ale musi mieć coś na początku. My byliśmy oceniani od zera do czterech. Jeżeli ktoś miał dwa, można było z niego być może zrobić trzy. Z trzech można było zrobić cztery. Ale jeżeli ktoś miał zero, ich zdaniem niewiele już można było z tym zrobić. Tak jak z bieganiem. Jeśli masz predyspozycje, trening sprawi, że pobiegniesz szybciej. Ale nie każdy zostanie mistrzem.

B.K.: To samo jest trochę w dziennikarstwie. Po latach człowiek widzi, że ktoś po prostu „to ma”. Wejdzie do pokoju i zrobi z jednej rozmowy sześć tematów.

Rafał Wyka: Dokładnie. Masz talent do wyciągania. I kiedy oni mi to wszystko tak pokazali, pomyślałem: może rzeczywiście coś w tym jest. Zacząłem bardziej patrzeć w stronę managerską. Przechodziłem kolejne szczeble. Na końcu byłem tak zwanym głównym architektem, ale cały czas byłem osobą mocno techniczną. Łączyłem świat techniki i biznesu, a jednocześnie miałem nieduży zespół. Rekomendowałem zmiany technologiczne. Kiedy zmienialiśmy technologie, latałem do Stanów, jeździłem po Europie. Wtedy pewne rozwiązania technologiczne były właściwie na poziomie Orange czy PKO BP, bo tylko największe organizacje było stać na takie systemy. Odpowiadałem między innymi za bezpieczeństwo danych. Z jednej strony technika, z drugiej coraz bardziej zarządzanie. I w pewnym momencie pojawiła się możliwość, żebym został już realnie managerem. Trafiłem do PKP Energetyki. Zostałem szefem programu związanego z Pendolino.

fot.: Knews.pl — Siedziba firmy w Koluszkach

Pendolino, fundusz i decyzja o własnej firmie

Rafał Wyka: Powstała nowa struktura. Przyjęli kogoś z zewnątrz, bo właściwie nikt nie wierzył, że da się to zrobić. Ja byłem młody i ambitny, więc nie wiedziałem jeszcze, że się nie da. Przez kilka lat zbudowałem tam zespół. Jeżeli chodzi o Pendolino, odpowiadałem za jeden strumień. Nie było oczywiście tak, że ja robiłem całe Pendolino. Były trzy główne obszary. Jeden kupował tabor, drugi odpowiadał za infrastrukturę torową, a ja robiłem część energetyczną.

Później spółkę kupił duży amerykański fundusz inwestycyjny. Siedem tysięcy ludzi pracowało w organizacji. Oni wybrali około dwudziestu osób do grupy takich kluczowych managerów. Znowu nas przebadali przez swoje HR-y, znowu te wszystkie wskaźniki, testy, oceny. Widocznie przeszedłem dobrze, bo znalazłem się w tej dwudziestce. I przez dwa lata pracowałem z funduszem. To jest kapitalne doświadczenie, bo nagle zaczynasz rozumieć, jak prowadzi się biznes z perspektywy świata. Dla nich nie ma większego znaczenia, co kupują. Mogą kupić firmę w Polsce, coś w Chinach, w Chorwacji, farmę malin, bank, sieć sklepów. Patrzą na biznes, jego wynik, potencjał, możliwość podniesienia wartości. Można było zobaczyć, jak zarządza się spółką, jak się ją restrukturyzuje, jak buduje wynik, jak później przygotowuje się exit. Dla mnie to była ogromna szkoła biznesu.

I właśnie wtedy miałem Maćka, mojego przyjaciela jeszcze ze szkolnej ławy, który prowadził już własne biuro projektowe. I on mówi: „Rafał, załóżmy firmę”.

B.K.: Ale ciężko było się zwolnić?

Rafał Wyka: Bardzo ciężko. Jestem dyrektorem w dużej organizacji. Zarabiam bardzo dobre pieniądze. Mam swój zespół. Wszystko działa. I ostatnim kamyczkiem, który przeważył, było zdrowie. Skończyło się zabiegiem na sercu. To nie ma nic za darmo. Praca na takim poziomie jest czasem na granicy wytrzymałości człowieka. I zdrowie stało się jednym z czynników, które spowodowały, że powiedziałem: dobra, zostawiam to i idę do Maćka. Zawsze chciałem mieć firmę. Pracowałem w Warszawie, mieszkałem w Koluszkach. Myślałem: będę miał firmę bliżej domu, mniejszą, trochę inaczej to poukładam. Naprawdę wierzyłem, że jeżeli zmienię tryb życia, moje serce się unormuje i nie będę musiał mieć zabiegu. Niestety było już za późno. I tak musiałem iść na ten zabieg.

B.K.: Wtedy miał Pan ile lat?

Rafał Wyka: Około czterdziestu. Miałem za sobą mniej więcej piętnaście lat kariery zawodowej. I szczególnie te ostatnie dwa lata pracy z funduszem dały mi taki pakiet wiedzy, że poczułem: jestem gotowy pójść na swoje. Jak spojrzymy na statystyki, ludzie, którzy zakładają firmy około czterdziestki, mają bardzo duże szanse na to, że te firmy przetrwają. Oczywiście cały czas widzimy historie Zuckerberga, startupowców, nowych miliarderów, twórców ElevenLabs. Ale to są pojedyncze przypadki. To jest trochę jak Cristiano Ronaldo. Widzimy Ronaldo i wydaje nam się, że tak wygląda świat sportu. Nie. To jest jeden Cristiano Ronaldo. Mając 25 lat, masz oczywiście siłę, energię, zapał. Ale żeby zbudować organizację na konkurencyjnym rynku i sprawić, żeby przetrwała, musisz mieć coś jeszcze. To jest maraton. Musisz wygrać z dziesiątkami tysięcy ludzi.

B.K.: Co Pan wtedy miał? Jakie były te filary?

Rafał Wyka: Przede wszystkim biznes to ludzie. Rozumiałem rynek. Nawiązałem mnóstwo kontaktów. Jeżeli pracujesz przy dużych projektach, w dużych organizacjach, poznajesz setki osób, widzisz mechanizmy rynku. Odpowiadałem wcześniej za realizację inwestycji dystrybucyjnych i za rynek komercyjny. Znałem środowisko.

B.K.: Czyli też ta słynna sieciowość? Kontakty?

Rafał Wyka: Tak. Znam ludzi, rozumiem rynek, mam doświadczenie i mam przyjaciela, który mówi: zwolnij się, chodź. Do tego zdrowie. I co ciekawe, ja nie miałem wtedy wielkich planów: zbudujemy gigantyczną organizację, zrobimy 100 milionów, będziemy tacy czy inni. Chciałem po prostu funkcjonować. Chciałem mieć swoją firmę. Tylko że przez te kilkanaście lat nazbierałem już ogromny bagaż.

I odchodziłem z energetyki ze łzami w oczach. Naprawdę. Nie pamiętam, żebym był wcześniej tak wzruszony, jak wtedy, kiedy żegnali mnie moi ludzie. Miałem tam około siedemdziesięciu osób. Właściwie każdego z nich zatrudniałem. Zbudowaliśmy ten zespół od początku. I oni byli — może to duże słowo — wręcz przerażeni, co będzie dalej. Bo jest amerykański fundusz, organizacja się zmienia, odchodzi lider zespołu. Na szczęście udało się to tak zostawić, że mój zastępca został szefem. Do dzisiaj tam jest. Ci ludzie do dzisiaj pracują. Cała struktura mimo wszystkich zawieruch przetrwała.

I kiedy odchodziłem, dałem swojemu następcy słowo, że nie będę podbierał mu ludzi. I nie zatrudniłem stamtąd ani jednej osoby przez wszystkie te lata. Dałem słowo.

„Pieniądze są najmniej ważne”

Rafał Wyka: Moja droga była managerska, ale miałem bardzo mocny background techniczny. Ja lubiłem technikę. Tylko później zacząłem poznawać ludzi, którzy wybierali typowo ścieżkę ekspercką. Dla mnie, kiedy byłem młody, to było wręcz trudne do zrozumienia. Jak to? On nie chce być kierownikiem? Nie chce. Po prostu. Nie lubi tego. Nie chce odpowiedzialności za ludzi. Nie chce zarządzać. I dla mnie kiedyś to było trochę jak: dlaczego? A dlatego, że to nie jest jego świat. Tak jakbyście kazali mi śpiewać w operze.

Ktoś lubi kontakty z ludźmi, ktoś nie lubi. Ktoś lubi śpiewać, ktoś malować. Jeżeli jesteś ekspertem, rozwijasz przede wszystkim siebie. Uczysz się, budujesz kompetencje, wiedzę. Można być ekspertem na różnych poziomach i świetnie na tym funkcjonować. Tylko trzeba sobie odpowiedzieć: czego ja chcę? I problem jest taki, że młody człowiek często nie ma zielonego pojęcia, czy lubi jedno, czy drugie, bo jeszcze nie spróbował. To tak, jakbyś pytał kogoś: lubisz kakao czy czekoladę? A on nie jadł ani jednego, ani drugiego. Skąd ma wiedzieć? Dopiero z czasem zaczynasz rozumieć siebie. Wiesz, czym dysponujesz, co lubisz, w czym jesteś dobry. Młody człowiek jest trochę jak glina. Można go uformować, można pokazać mu różne drogi.

fot.: Archiwum prywatne — Rafał Wyka i Maciej Kikosicki, współwłaściciele Grupy Olikol, podczas gali Gazele Biznesu. Firma Olikol Rail Energy z Koluszek została wyróżniona w prestiżowym rankingu „Pulsu Biznesu” za dynamiczny wzrost przychodów i dobre wyniki finansowe.

B.K.: Ale żeby zacząć własny biznes, musieliście też mieć kapitał?

Rafał Wyka: No właśnie. Jaki kapitał ma człowiek, który ma rodzinę, dwójkę dzieci, dom, kredyt, samochód? Możesz mieć 100 tysięcy oszczędności. Ale to nie jest kapitał, który jest game changerem. Ja przyniosłem to, co miałem, Maciek podobnie. I wtedy powiem coś, czego moim zdaniem ludzie nie rozumieją: jeżeli masz dobry pomysł na biznes i masz ludzi, którzy potrafią go zrobić, pieniądze są najmniej ważne. Pieniądze się znajdą.

Kiedyś słyszałem historię, że ktoś chciał kupić Ferrari i sprzedawca powiedział mu: „Pieniądze mają wszyscy”. Oczywiście to przesada. Ale coś w tym jest. Pieniędzy na świecie jest dużo. Trudniej o pomysł i człowieka, który potrafi go zrealizować. Maciek wtedy trochę tego nie rozumiał. Ja byłem już nauczony pracy z funduszami i wiedziałem, że kapitał można pozyskać.

B.K.: Ale ludzie chyba trochę boją się funduszy?

Rafał Wyka: Tak, tylko że ja ostatecznie wziąłem zwykły kredyt. Ale zrobiłem to po swojemu. Firma miała wtedy pół roku. Totalny startup, chociaż wtedy tak o sobie nie mówiliśmy. Przygotowałem wniosek do mBanku, z którym zresztą do dzisiaj pracujemy. I nie zaniosłem dwóch kartek. Zrobiłem biznesplan, analizę rynku, analizę ryzyk. Dołączyłem moje CV, doświadczenie. Do standardowego wniosku kredytowego dołączyłem kilkadziesiąt stron opracowania. Przyjechał do mnie szef regionu i powiedział: jeszcze takiego wniosku nie widziałem. Miał w swoich kompetencjach możliwość pożyczenia dwóch milionów złotych, bez chodzenia jeszcze wyżej po zgodę. Powiedział mniej więcej: „Pan ten biznes zrobi”. I pożyczył nam dwa miliony. I mieliśmy pieniądze.

B.K.: A pomysł na biznes?

Rafał Wyka: Dość prosty. Wchodziliśmy w kolejny okres funduszy unijnych. Polska miała dostać setki miliardów złotych na infrastrukturę. Ja pracowałem na rynku kolejowym. Maciek pracował przy kolei, przy energetyce. Zrobiłem więc analizę, ile pieniędzy w ciągu kolejnych siedmiu, ośmiu lat zostanie przeznaczonych na infrastrukturę kolejową. Zrobiłem wykres.

I tutaj bardzo pomogła mi praca z amerykańskim funduszem i największymi doradcami. Oni uczą cię patrzenia z góry. Helicopter view. Bo nie sztuką jest powiedzieć, co wydarzy się za trzy miesiące. Powiedz, jaki trend będzie za sześć lat. Nie dokładnie, ale kierunek. Ja wtedy patrzyłem na liczby. Powiedzmy: jeden rok siedem miliardów, potem dwa, potem cztery, później dziewięć, jedenaście. I widzisz, gdzie jest dołek, gdzie rynek się zatrzymuje, a gdzie za chwilę ruszy fala.

I wtedy pytanie brzmi: w którym momencie trzeba się zwolnić i założyć firmę? Ja się zwolniłem w 2017 roku. I ten wykres pokazałem bankowi. Powiedziałem: tak będzie wyglądać infrastruktura kolejowa. Znamy rynek. Mamy relacje. Mamy Maćka, który zna projektowanie. Wiemy, czego potrzeba. Potrzebujemy finansowania. I będziemy rosnąć.

Przez pewien czas praktycznie podwajaliśmy obroty z roku na rok. Nie wymyśliłem żadnej cudownej technologii w IT. Wszedłem w rynek, który znałem, bo wiedziałem, że za chwilę urośnie. I w 2022 roku mieliśmy około 100 milionów złotych obrotów.m żadnej cudownej technologii w IT. Wszedłem w rynek, który znałem, bo wiedziałem, że za chwilę urośnie. I w 2022 roku mieliśmy około 100 milionów złotych obrotów.mieliśmy około 100 milionów złotych obrotów.e. I w 2022 roku mieliśmy około 100 milionów złotych obrotów.m żadnej cudownej technologii w IT. Wszedłem w rynek, który znałem, bo wiedziałem, że za chwilę urośnie. I w 2022 roku mieliśmy około 100 milionów złotych obrotów.mieliśmy około 100 milionów złotych obrotów.

BK: Dziękuję za rozmowę

Miejsce reklamoweTwoja reklama tutajSprawdź ofertę
Społeczność Knews

Weź udział w dyskusji!

Masz opinię, dodatkowy kontekst albo chcesz podzielić się własnym doświadczeniem? Zostaw komentarz pod artykułem.

Podoba Ci się ten artykuł?
0 osób polubiło