Biznes i gospodarka w regionie łódzkim
Stylowe wnętrze jednej z łódzkich restauracji, które gościły wybitnych artystów takich jak Reymont, Tuwim, Gajos i Niemczyk. Celebrując sto lat wyjątkowych lokali i ich fascynujących historii, Łodzianie od zawsze umieli cieszyć się życiem towarzyskim w eleganckim otoczeniu.
fot.: Kadr z filmu.

Tu bywali Reymont, Tuwim, Gajos i Niemczyk. Sto lat łódzkich lokali i ich niezwykłych historii

Łodzianie od zawsze potrafili pracować, ale równie dobrze wiedzieli, gdzie po pracy warto się pokazać. Bywały czasy, kiedy o towarzyskiej pozycji świadczył stolik w eleganckiej restauracji, znajomość z kelnerem albo możliwość wypicia na kredyt u boku filmowej gwiazdy. Dziś lokale są inne, lecz łódzka potrzeba spotykania się i przeciągania wieczorów do rana pozostała niezmienna.

fot.: Fotopolska.eu

Międzywojenne kontrasty

Wyobraźmy sobie Łódź lat trzydziestych. Piotrkowską przechadzają się eleganckie damy w kapeluszach, panowie poprawiają krawaty, w kawiarniach unosi się zapach świeżo parzonej kawy, a w lokalach rozrywkowych orkiestry przygotowują się do kolejnego wieczoru. Miasto, które dorobiło się fortun na włókiennictwie, miało również całkiem rozwinięte ambicje towarzyskie, a te — jak wiadomo — najlepiej realizować przy dobrze nakrytym stoliku i w miejscu, gdzie jest się odpowiednio widocznym.

Międzywojenna Łódź była miastem ogromnych kontrastów. Jedni wydawali na kolację tyle, ile inni zarabiali przez kilka dni, ale niezależnie od zasobności portfela wszyscy potrzebowali miejsc, w których można było porozmawiać, posłuchać muzyki, zatańczyć albo przynajmniej przez chwilę poczuć się częścią wielkiego świata.

fot.: Fotopolska.eu — restauracja Ziemiańska, znajdowała się przy Piotrkowskiej 76

Dokumentacja Reymonta i bita śmietana Tuwima

Jednym z najbardziej rozpoznawalnych adresów była Piotrkowska 76, gdzie działała słynna „Ziemiańska” - perła cukierniczego imperium Józefa Piątkowskiego. Wcześniej (1891-1912) znajdowała się tu kawiarnia Roszkowskiego, popularnie nazywana „U Roszka”. Do eleganckiego lokalu przychodziło się oczywiście na kawę i ciastka, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że równie ważnym składnikiem menu była możliwość obserwowania towarzystwa.

Robił to z upodobaniem między innymi Władysław Reymont, który zbierał tu materiał do „Ziemi obiecanej”. Wśród gości „Roszka” wymieniano również wydawcę Wiktora Czajewskiego, poetę i satyryka Artura Gliszczyńskiego oraz pisarza i malarza Zygmunta Bartkiewicza. Można więc powiedzieć, że zanim Łódź dorobiła się słynnej szkoły filmowej i SPATiF-u, miała już własne miejsce spotkań ludzi pióra, którzy potrafili godzinami dyskutować o kulturze, interesach oraz o plotkach zapewne.

Bywał tu także mały Julian Tuwim, który przychodził do kawiarni Roszkowskiego z ojcem. Ten ostatni lubił spędzać czas na piętrze, grając w bilard, podczas gdy przyszły poeta przesiadywał na parterze przy porcji bitej śmietany.

Kiedy w 1932 roku pod tym samym adresem otwarto „Ziemiańską”, Piotrkowska 76 nadal przyciągała znane osobistości. Wśród jej gości wymieniano zarówno dorosłego już Juliana Tuwima, jak i światowej sławy pianistę Artura Rubinsteina. Właściciel” Ziemiańskiej” Józef Piątkowski doskonale rozumiał wartość takiego towarzystwa. Według zachowanych relacji pisarze, artyści i dziennikarze mogli otrzymywać kupony uprawniające do zniżek, co było pomysłem równie prostym, co skutecznym. Znany poeta czy panista przy stoliku przyciągał uwagę i dodawał lokalowi prestiżu, co generowało ruch. Tak działał pierwszy restauracyjny marketing.

fot.: Źródło: zbiory ikonograficzne A. Pellowskiego, Biblioteka Uniwersytetu Łódzkiego, za Filharmonią Łódzką. — Wnętrze legendarnego łódzkiego Tabarinu, jednego z najmodniejszych lokali rozrywkowych międzywojennej Łodzi. Bogato zdobiona sala z balkonami, efektownymi żyrandolami i dekoracjami w stylu art déco przyciągała miłośników dancingów, jazzu i kabaretu.

Fontanna i kręcący się parkiet

W sobotnie wieczory zamożni mieszkańcy miasta wybierali się chętnie do „Tabarina”, lokalu otwartego w 1933 roku w budynku, w którym dziś działa Filharmonia Łódzka. Nazwa brzmiała światowo i tak właśnie mieli czuć się goście przekraczający próg lokalu. Organizowano tu występy kabaretowe, dancingi, widowiska i wieczory z muzyką jazzową, a po modernizacji w 1935 roku pojawiły się efekty specjalne. Był kręcący się parkiet z lustrzaną podłogą, podświetlana fontanna i występy artystów znanych z europejskich scen. „Tabarin” był dowodem, że w rozrywce przedwojenna Łódź wcale nie zamierzała ustępować Warszawie. A gdyby istniały wówczas media społecznościowe to zdjęcia z lustrzanego parkietu prawdopodobnie robiłyby furorę. 

Do ważnych adresów w międzywojniu należały także restauracje Grand Hotelu i hotelu Victoria, gdzie spotykali się przyjezdni, przedsiębiorcy, artyści i ci najbardziej zamożni. Tu się negocjowało, dobijało interesu i brylowało w towarzystwie.

I co ważne, a dziś może wydawać się nierzeczywiste - przedwojenne restauracje nie były miejscami demokratycznymi w dzisiejszym rozumieniu. O wyborze lokalu decydowały status społeczny, zawartość portfela i środowisko, do którego się należało. Pewne stoliki były zarezerwowane nie tyle formalnie, ile obyczajowo, a stały gość miał przewagę nad człowiekiem, który pojawiał się pierwszy raz. Robotnicza Łódź miała własne bary, piwiarnie, jadłodajnie i miejsca spotkań, znacznie mniej eleganckie, lecz równie ważne dla codziennego życia.

fot.: Kadr z serialu „Stawka większa niż życie”. Scena rozgrywa się w kawiarni Mocca, której wnętrze zagrała legendarna łódzka Honoratka przy ul. Moniuszki 2.

Honoratka i cięty żart Sztaudyngera

Po wojnie Łódź zmieniła się nie do poznania. Dawny świat fabrykanckich fortun przestał istnieć, a gastronomia została w dużej mierze podporządkowana nowym realiom gospodarczym i społecznym. Miasto zyskało jednak coś, czego przed wojną nie miało w takiej skali: stało się jednym z najważniejszych ośrodków polskiego kina, a wraz z filmowcami pojawili się ludzie, których zachowania, dowcipy, miłości i przyjaźnie z czasem obrosły legendą.

Wielkie znaczenie miała niewielka kawiarnia „Honoratka” przy ulicy Moniuszki 2, której sława znacznie przewyższała rozmiary lokalu. Przychodzili tu studenci szkoły filmowej, młodzi artyści i ludzie związani z łódzkim środowiskiem twórczym. Tu, w przeciwieństwie do późniejszego SPATiF-u, nie przy wódce, a przy kawie przyszli reżyserzy i aktorzy rozwiązywali problemy polskiej kinematografii.

W Honoratce bywał także poeta i satyryk Jan Sztaudynger, który odwiedzał kawiarnię wraz z córką Anną. Niestety jedna ze złośliwych fraszek dotyczących klienteli lokalu nie spodobała się właścicielce, Stefanii Bruździńskiej. No i Sztaudynger z kawiarnią musiał się pożegnać – tak przynajmniej mówi miejska legenda. Czyli można było mieć talent i sławę, ale ostatnie słowo w sprawie sernika i tak należało do właścicielki.

fot.: baedekerlodz.blogspot.com — SPATiF

SPATiF i legendarna pani Janeczka

Jeśli jednak szukać lokalu, którego nazwa stała się niemal synonimem powojennego życia towarzyskiego łódzkich artystów, wybór może być tylko jeden. SPATiF, otwarty w 1956 roku w dawnym pałacu Wilhelma Lürkensa przy alei Kościuszki 33/35, był czymś znacznie więcej niż restauracją. Stanowił nieformalny klub, salon, miejsce spotkań, giełdę informacji o rolach i premierach, a niekiedy także schronienie przed rzeczywistością, która nie zawsze dorównywała temperamentom jego gości.

Bywali tu aktorzy łódzkich teatrów, filmowcy, reżyserzy, dziennikarze i przedstawiciele środowiska artystycznego. Wśród nazwisk związanych z historią tego miejsca pojawiają się Andrzej Wajda, Roman Polański, Jerzy Hoffman, Jerzy Kawalerowicz, Leon Niemczyk, Ludwik Benoit i Michał Szewczyk.

Aktor Andrzej Fogiel wspominał, że życie towarzyskie miało wówczas własny, niemal urzędowy harmonogram. Około południa wypadało pojawić się na kawie w Honoratce, później można było zajrzeć do Klubu Dziennikarza przy Piotrkowskiej 96, natomiast wieczór należał do SPATiF-u. Była to trasa, na której z łatwością można było spędzić znaczną część dnia, nie oddalając się zanadto od centrum miasta, za to systematycznie poszerzając krąg znajomych i liczbę tematów do rozmowy.

fot.: Kadr z kultowego serialu „Stawka większa niż życie”, odcinek „Ściśle tajne”, w reżyserii Janusza Morgensterna. Sceny balu nakręcono w legendarnym łódzkim SPATiF-ie przy al. Kościuszki 33/35, miejscu spotkań największych gwiazd polskiego kina i teatru.

W SPATiF-ie szczególną pozycję zajmowała Janina Zgodzińska, powszechnie nazywana panią Janeczką. Była kimś w rodzaju instytucji w instytucji, ponieważ potrafiła nie tylko nakarmić i napoić gości, ale również rozumieć specyfikę artystycznego zawodu, w którym pieniądze nie zawsze pojawiały się dokładnie wtedy, kiedy należało uregulować rachunek. Prowadziła słynny zeszyt długów, pozwalając znanym i mniej znanym klientom korzystać z kredytu opartego na osobistym zaufaniu.

Dzisiaj nazwalibyśmy to zapewne elastycznym modelem finansowania konsumpcji, ale w powojennym SPATiF-ie sprawa była prostsza: jeśli pani Janeczka znała człowieka i wierzyła, że kiedyś zapłaci, obiad czy kieliszek mogły trafić na kredyt. Z perspektywy księgowego rozwiązanie zapewne ryzykowne, lecz z perspektywy historii polskiego teatru i filmu — bezcenne.

Jedną z najzabawniejszych opowieści związanych z tym miejscem przekazał Andrzej Fogiel, wspominając obiad z ojcem Aleksandrem oraz słynnym piosenkarzem Mieczysławem Foggiem. Kiedy przyszło do płacenia rachunku, Fogg oświadczył, że zapomniał portfela. Pozostali, pamiętając podobną wcześniejszą sytuację, tym razem również nie zamierzali sięgać do kieszeni. W rezultacie sytuację uratowała pani Janeczka, która uregulowała należność.

Innym bohaterem SPATiF-owych opowieści był Ludwik Benoit, aktor o ogromnym dorobku scenicznym i filmowym, którego łódzkie środowisko pamiętało również jako człowieka obdarzonego szczególnym poczuciem humoru. Według jednej z anegdot, kiedy po wyjściu z lokalu zatrzymali go milicjanci, przedstawił się nazwiskiem wymawianym po francusku — „Benua”. Funkcjonariusz, zauważywszy rozbieżność między wymową a zapisem w dokumencie, zaczął dopytywać o przyczynę, na co aktor miał odpowiedzieć, że się ukrywa.

Wśród SPATiF-owych oryginałów wymieniano także Edwarda Radulskiego, przedwojennego tancerza i byłego męża słynnej Lody Halamy. Według relacji Michała Szewczyka Radulski potrafił stepować za obiecany kieliszek wódki, a niekiedy urządzał swój popis w toalecie, na podłodze posypanej cukrem.

Z SPATiF-em wiązała się również słynna „czajnikówka”, czyli wódka podawana z czajnika. Był to pomysł pani Janeczki – formalnie dzięki temu rozwiązaniu trunek podawać na zimno lub na ciepło, co cieszyło się popularnością w chłodne wieczory. Tak naprawdę jednak była to forma nieco bardziej dyskretnego podawania alkoholu.

fot.: Fotopolska — Kultowy Hortex przy ul. Piotrkowskiej 106/110 w Łodzi w latach 80. Popularna cukiernia i lodziarnia, otwarta w 1976 roku, była jednym z ulubionych miejsc spotkań łodzian, słynącym z deserów lodowych i ogródka pełnego gości.

Granowska i Hortex – czyli od lodów do pierwszej miłości

Nie każdy łodzianin marzył jednak o rozmowie z reżyserem albo o wspólnym obiedzie z filmową gwiazdą. Zdecydowanie bardziej powszechną potrzebą było znalezienie miejsca, do którego można zaprosić sympatię, nie narażając przy tym ani uczuć, ani domowego budżetu na niepotrzebne komplikacje.

W tej kategorii ważną rolę odgrywały cukiernie, kawiarnie i lodziarnie. Dobrym przykładem była cukiernia Marii Granowskiej przy Piotrkowskiej 56, przed którą w latach sześćdziesiątych ustawiały się kolejki po lody. Lokal działał do 1972 roku, lecz pamięć o nim przetrwała znacznie dłużej.

Prawdziwą gwiazdą następnej dekady został Hortex, otwarty przy Piotrkowskiej 106/110 w kwietniu 1976 roku. Była to cukiernia, do której szło się nie tylko po lody, lecz również po odrobinę luksusu, nowoczesnego wystroju i atmosfery niedostępnej w zwykłej osiedlowej gastronomii. W Hortexie trzeba było koniecznie zjeść ambrozję – czyli deser z lodami, bitą śmietaną, bakaliami i polewą, którego sama nazwa zapowiadała przeżycie niemal mitologiczne.

W lokalu znajdował się również pień drzewa, element wystroju, który zapamiętało wielu gości. Trudno powiedzieć, ile łódzkich romansów rozpoczęło się właśnie w jego pobliżu, ale można z dużą pewnością stwierdzić, że Hortex przez lata stanowił ważną część codziennego życia towarzyskiego śródmieścia. I brakuje go teraz…

fot.: Fotopolska.eu

Balaton, Rarytas i Europa

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dla wielu rodzin niedzielne wyjście do restauracji było wydarzeniem, do którego przygotowywano się z pewnym wyprzedzeniem. Dzieci dostawały polecenie, żeby się nie pobrudzić, dorośli zakładali odświętne ubrania, a przy stole można było poczuć, że niedziela rzeczywiście różni się od pozostałych dni tygodnia.

Jednym z takich miejsc był „Balaton” przy ulicy Struga 6/10, gdzie były i restauracja i kawiarnia, a wieczorem niezapomniane dancingi. Inny charakter miał „Rarytas” przy placu Niepodległości, popularny punkt szybkiej gastronomii, do którego zaglądali mieszkańcy południowej części miasta. Było to miejsce znacznie bliższe zwykłemu codziennemu życiu niż eleganckie restauracje centrum. Natomiast „Europa” przy alei Kościuszki 106, otwarta 14 stycznia 1969 roku, reprezentowała zupełnie inne ambicje. Restauracja, kawiarnia i taras miały tworzyć przestrzeń nowoczesną, elegancką, niemal światową.

Restauracja znalazła się naprzeciwko siedziby łódzkich władz PZPR, co natychmiast stało się źródłem politycznego dowcipu. Łodzianie pytali, co oddziela partię od Europy, a odpowiedź była wyjątkowo prosta: aleja Kościuszki.

fot.: polska-org.pl — Kaskada

Kaskada, SiM i Casanova

Jeżeli przed wojną symbolem rozrywkowego rozmachu był „Tabarin”, to w latach siedemdziesiątych do podobnej roli pretendowała „Kaskada” przy ulicy Narutowicza 7/9, otwarta w lutym 1975 roku. Był to rozbudowany kompleks gastronomiczny, łączący restaurację, kawiarnię, bar, cukiernię i „przestrzeń rozrywkową”, zdolny przyjąć setki gości.W programie pojawiały się także pokazy striptizu, co w realiach obyczajowych epoki niewątpliwie dodawało lokalowi szczególnego rozgłosu. Kaskada należała do wielkich lokali epoki PRL-u, kiedy życie rozrywkowe często koncentrowało się w dużych salach, przy muzyce granej na żywo, z kelnerami, rezerwacjami i całym rytuałem wspólnego wieczoru. Było to zupełnie inne doświadczenie niż współczesne wędrowanie od jednego baru do drugiego.

Szczególne miejsce na mapie łódzkich zabaw zajmował SIM przy placu Wolności 4, którego nazwa oznaczała „Szyk i Moda” i gdzie chodziło się potańczyć. Do restauracji znanych z dancingów należały również „Casanova” przy Zachodniej 87, „Tivoli” przy Tuwima 1/3 oraz „Peszt” przy Piotrkowskiej 24. W każdej z nich klimat, orkiestra i goście potrafiły zmienić zwykły wieczór w wydarzenie wspominane przez lata. Czasem zapewne również z powodów, o których niekoniecznie należało opowiadać współmałżonkowi.

foto.: Fotopolska.eu - Grand Hotel

Grand Hotel, czyli tango w skarpetkach

A teraz miejsce ikoniczne - Grand Hotel przy Piotrkowskiej 72, którego restauracja Malinowa przez dziesięciolecia uchodziła za jeden z najbardziej eleganckich lokali w mieście (grywał w niej między innymi młody Waldemar Kazanecki, wówczas student konserwatorium, późniejszy wybitny kompozytor muzyki filmowej, autor niezapomnianej muzyki do „Nocy i dni”) i bywali w niej wszyscy – chociaż nie wszystkich było na nią stać. Jak wspominała kostiumolożka Marta Kobierska — artyści potrafili zamówić jeden półmisek frytek i butelkę wody sodowej, przy których siedzieli dobrych kilka godzin.

Jedną z legend Malinowej był oberkelner Tadeusz, nazywany przez stałych gości panem Tadzikiem, człowiek elegancki, zawsze w smokingu i muszce, który, podobnie jak pani Janeczka ze SPATiFu doskonale rozumiał specyfikę artystycznych finansów. Kiedy aktorom albo filmowcom kończyły się pieniądze, pozwalał zamawiać na kredyt, wierząc, że rachunki zostaną kiedyś uregulowane. Był przy tym miłośnikiem teatru, więc najwyraźniej uznawał, że wspierając artystów wspierał kulturę.

Reżyser Janusz Majewski wspominał, jak podczas realizacji serialu „Królowa Bona” wybrał się do Malinowej z operatorem Zygmuntem Samosiukiem. Panowie, niezadowoleni z konieczności pozostania w Łodzi na weekend, postanowili odreagować przy kolacji, a w pewnym momencie, być może w ramach manifestu, zdjęli buty, weszli na parkiet w samych skarpetkach i zaczęli tańczyć ze sobą tango.

fot.: materiały archiwalne — Jan Kiepura podczas wizyty w Łodzi w październiku 1958 roku. Słynny tenor zatrzymał się w Grand Hotelu przy ul. Piotrkowskiej 72, gdzie z balkonu pierwszego piętra śpiewał dla zgromadzonych tłumów wielbicieli. Podczas pobytu szczególnie dbano o jego głos — przed posiłkami w restauracji Malinowej sprawdzano nawet, czy sala nie jest zbyt zadymiona papierosami.

Grand Hotel gościł również Jana Kiepurę, którego przyjazd w październiku 1958 roku wywołał na Piotrkowskiej ogromne poruszenie. Przed budynkiem zgromadziły się tłumy wielbicieli, a słynny tenor, nie chcąc ich zawieść, wyszedł na balkon pierwszego piętra i zaśpiewał dla publiczności. W samej „Malinowej” przyjazd śpiewaka był wydarzeniem niezwykle stresującym, ponieważ agent Kiepury nie godził się, by artysta jadał w miejscach zadymionych. W epoce, gdy papieros był niemal obowiązkowym dodatkiem do kawy i towarzyskiej rozmowy, ochrona gardła Kiepury wymagała zapewne ogromnej determinacji restauracyjnej załogi.

Grand miał także drugie, mniej oficjalne oblicze. W popularnej Grand Café, nazywanej „Grandką”, swoje stoliki mieli kupcy, złotnicy, artyści, cinkciarze i przedstawiciele łódzkiego półświatka.

fot.: Archiwum prywatne — pub Łódź Kaliska

Kiedy skończyły się dancingi, a zaczęły dyskoteki

Transformacja ustrojowa po 1989 roku zmieniła łódzkie życie towarzyskie równie mocno jak gospodarkę. Łódź lat dziewięćdziesiątych była miastem pełnym sprzeczności, ponieważ z jednej strony przeżywała bolesny upadek przemysłu włókienniczego, a z drugiej odkrywała zupełnie nowe oblicze życia kulturalnego i rozrywkowego. W dawnych przestrzeniach przemysłowych zaczęły rodzić się pomysły, które z czasem odmieniły oblicze centrum, zaś Piotrkowska coraz wyraźniej stawała się nie tylko reprezentacyjną ulicą, ale również miejscem nocnych wypraw.

Szczególną pozycję zajęła „Łódź Kaliska” przy Piotrkowskiej 102 (nazwa doskonale znana również dzięki działającej od 1979 roku grupie artystycznej), która stała się nocnym centrum artystycznej Łodzi przyciągając ludzi kultury, studentów, artystów, dziennikarzy i wszystkich tych, którzy niekoniecznie czuli się najlepiej w restauracjach z idealnie wyprasowanymi obrusami.

„Łódź Kaliska” reprezentowała zupełnie inny rodzaj miejskiego prestiżu niż przedwojenna „Ziemiańska” czy powojenna „Europa”. Tutaj nie chodziło o demonstrowanie zamożności, lecz o atmosferę swobody i artystycznej prowokacji. W pewnym sensie był to duch dawnego SPATiF-u przeniesiony do nowej epoki, choć zamiast środowiskowego klubu zawodowych artystów powstała przestrzeń znacznie bardziej otwarta na różnorodne towarzystwo.

W kolejnych latach ważnymi punktami nocnej mapy miasta stawały się również „Jazzga”, „Bagdad Café”, „Szafa” czy „Dekompresja”, "Fanaberya" a wraz z nimi kształtowała się zupełnie nowa kultura spędzania wolnego czasu. Jedni szukali muzyki na żywo, inni alternatywnych koncertów, jeszcze inni parkietu, na którym można było tańczyć do rana. Ale, co ważne, klimat filmowo-fotograficzny wciąż był w Łodzi obecny – chociażby w menu – słynny „zestaw obowiązkowy” czyli wywoływacz i utrwalacz (pięćdziesiątka wódki i piwo) jest dla wielu obecnych czterdziestolatków wspomnieniem… hmm… dobrze utrwalonym.

fot.: Materiały prywatne — Klub Fanaberya

Lata rewolucji

Kolejne lata to ogromny rozwój łódzkich lokali, które teraz zliczyć trudno. Trudno też wymienić te najpopularniejsze – tak wiele ich było i wciąż jest na mapie miasta. Gdyby chcieć mówić o współczesnych rewolucjach na rynku restauracyjnym to na pewno warto wspomnieć moment, gdy w Łodzi zaczęto tworzyć lokale w miejscach pofabrycznych, a surowa cegła, niegdyś symbol przemysłowej codzienności, stała się jednym z najbardziej pożądanych elementów wystroju.

fot.: Łódzka Organizacja Turystyczna — OFF Piotrkowska Center

Czasy się zmieniają, a my zmieniamy się w nich

Współczesna Łódź nie ma już jednego SPATiF-u, w którym można było w ciągu wieczoru spotkać niemal całe środowisko artystyczne, ani jednej „Kaskady”, której rozmach robił wrażenie na gościach. Życie towarzyskie rozproszyło się pomiędzy dziesiątki restauracji, klubów i kawiarni – które teraz są nierzadko bardziej miejscem przebywania i spędzania czasu, a niekoniecznie towarzyskiej wymiany energii.

Być może dlatego dawnym lokalom tak łatwo przypisujemy dziś wyjątkową atmosferę. Nie było ich tak wiele, więc kolejne pokolenia spotykały się przy tych samych stolikach, zapamiętywały tych samych kelnerów, a historie jednych bywalców przenikały do wspomnień następnych. Miejsce stawało się legendą nie dlatego, że miało modne logo czy dobrze przygotowaną reklamę, lecz dlatego, że przez kilkadziesiąt lat działy się w nim rzeczy, o których warto było później opowiadać.

Ale nie znaczy to, że teraz, cytując klasyka – jest jak w polskim filmie – nie dzieje się nic. Przeciwnie. Na pewno niemal każdy z łódzkich lokali ma swoje historie, które warto opowiedzieć. Są chętni? Zapraszamy do zwierzeń.

Miejsce reklamoweTwoja reklama tutajSprawdź ofertę
Społeczność Knews

Weź udział w dyskusji!

Masz opinię, dodatkowy kontekst albo chcesz podzielić się własnym doświadczeniem? Zostaw komentarz pod artykułem.

Podoba Ci się ten artykuł?
0 osób polubiło